Niedzielny poranek zastał nas rześką , słoneczną aurą (temp. - 1C!). Szybko jednak robiło się cieplej. Sympatyczny Luis, starszy pan, właściciel pensjonatu, w którym zatrzymalismy się, przygotował sympatyczne śniadanko.
Wymiana serdeczności i w drogę! Dziś opuściliśmy (na razie) Andy i wykonaliśmy duży skok, bo aż 600-kilometrowy w kierunku Atlantyku.
W mieście żegna nas jeszcze lokomotywa ze słynnego pociągu Trochita.
Jedno z ostatnich spojrzeń na otaczające Esquel szczyty w blasku porannego słońca, upajając się błękitem nieba.
Przy wyjeździe z miasta oczywiście posterunek policji. Na drodze pusto, wszak niedziela i dziewiąta rano. Przed nami znowu proste drogi, od których już odzwyczailismy się.
Podążaliśmy RN 40 jeszcze na południe, by w miejscowości Tecka na ok. 1600 km tej drogi porzucić ją. Co tu dużo mówić: polubiliśmy tę Ruta Quarenta, która towarzyszyła nam w rzeczywistości lub poprzez drogi równolegle przez ok. 800 km i trochę będzie nam jej brakowało. Skierowalismy się się na wschód drogą RN 25.
Ostatnie dziś spojrzenie na ośnieżone adyjskie szczyty za nami.
Podążaliśmy andyjskim przedgórzem. Mijaliśmy bezodpływowe jeziorka.
Krótki stop. Tyle jeszcze do Atlantyku.
Powoli, po ok. 250 km jazdy, krajobraz stawał się bardziej plaski.
Po ok. 150 km jazdy zobaczylismy po raz pierwszy miejscowość (parę domów) i stację benzynową. Tankowanie (najtańsza benzyna jak dotąd, po ostatnim kursie wymiany wychodzi 1,5 zł za litr!). Wypiliśmy kawę oglądając miejscową twórczość malarską na obrazach powieszonych na ścianach wewnątrz budynku stacji benzynowej.
Pojechaliśmy dalej. Wkrótce mijaliśmy ciekawe masywy skalne. Obok przepływała Rzeka Indianska (w języku Walijczyków Rhyd Yr Indiaid). Na prawdę był górny przenieg Rio Chubut. W jej dolinie była niewielka ilość zieleni, resztę wypalnialo wypalone słońcem pustkowie. Dolina nazywała się Valle de los Altares (dolina ołtarzy).
Potem przejeżdżaliśmy kanionem. W tym miejscu droga była w remoncie i jechaliśmy prowizorycznym objazdem.
Wkrótce zobaczyliśmy czerwoną skalę przypominającą Uluru w Australii.
Dolina Ołtarzy ciągnęła się nadal.
Jadąc dalej przełomem rzeki obserwowalismy iglice i "organy" skalne.
Po jakims czasie krajobraz wyplaszczyl się. Mieliśmy na liczniku już 400 km.
Minelismy Las Plumas (zaledwie kilka domków) nad rzeką Chubut. Znak drogowy pokazał, że następna miejscowość za 80 km.
Na drodze prostej jak stół, z co jakiś czas pojawiającymi się robotami drogowymi, odcinkami jazda byla po świeżym asfalcie, który buzował po nadkolach.
Na wschodzie przed nami pojawiły się pojedyncze chmury, to był znak że zbliżamy się do oceanu.
Kiedy wydawało się, że w bezkresie pustkowia nic ciekawego nie będzie, skreclismy w bok, by serpentynami wśród skał i pokonaniu skalnego tunelu dojechaliśmy do Zapory Florentino Ameghino na rzece Chubut, tworzącej zalew z zielonkawa wodą. Na zaporze umiejscowiono elektrownię wodną. Kompleks utworzono w 1968 roku. Obserwowaliamy 2 tutejszych śmiałków pływających w zalewie przy zaporze.
Wróciliśmy na drogę RN 25.
W miarę jak pojawiały się ślady ludzkiej działalności i wzmagający się ruch na drodze wiedzieliśmy, że docieramy do celu, do Trelew. To kolejne, a może pierwsze miasto założone przez Walijczyków pod koniec XIX wieku. Nazwa oznacza: Tre - miejsce, lew - Lewisa. Lewis Jones był prekursorem budowy miasta. Jest to jedno z bardziej ludnych miast w Argentynie, z liczbą mieszkańców ponad 130 tys. Znane jest z produkcji owoców (wiśnie, jabłka), hodowli owiec. Symbol walijskiego smoka był już widoczny na różnych tablicach przy wjeździe do miasta.
Po 7 godzinach jazdy i przejechaniu ponad 600 km byliśmy na miejscu.
Centrum miasta stanowi Plaza de Independencia, ktory jest rodzajem parku z nasadzonymi drzewami z 5 kontynentów z centralną pergolą , wokół której młodzi jeżdżą na deskorolkach.
Przy placu znajduje się pałac municypalny i Kościół pw. MB Wspomozycielki. Jako, że niedziela weszliśmy doń na mszę.
















































































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz