Nadszedł czas powrotu. Przed nami był dziś ostatni odcinek drogi do pokonania. Jako, że przyzwyczailiśmy się tu do pokonywania samochodem długich dystansów, blisko 500-kilometrowa trasa z Santa Fe do Buenos Aires nie zrobiła na nas wrażenia. Zastanawialiśmy się bardziej jak przeżyjemy szok temperaturowy, bowiem opuszczając Santa Fe był blisko 40-stopniowy upał, a w tym czasie w Polsce panowała już zima. Jechaliśmy z zamówionym driverem. Droga tym bardziej upłynęła szybko, bo mieliśmy możliwość na żywo śledzić w tutejszym radio transmisję z mundialowego spotkania Polski z Francją. Gdy dotarliśmy na międzynarodowe lotnisko Ezeiza w Buenos Aires na olbrzymim monitorze zainstalowanym w sali odpraw drugą połowę mogliśmy już oglądać w wielojęzycznym towarzystwie pasażerów.
Po dokonaniu odprawy, przejściu przez kontrolę bezpieczeństwa i podobnie jak przy przylocie do Argentyny sfotografowaniu się i oddaniu odcisku palca mogliśmy już oczekiwać na lot. Nasz jumbo-jet B474 już też oczekiwał.
Zakręciła się łezka w oku, bo przeżyliśmy w Argentynie w ciągu ponad 3-tygodniowego pobytu bardzo przyjemne chwile przemierzajac kraj wzdłuż i wszerz, przez bezkresy La Pampa i pustkowia Patagonii, od ośnieżonych majestatycznych andyjskich szczytów ze schodzącymi z nich lodowcami po wybrzeże Atlantyku z sympatycznymi pingwinami. Doświadczyliśmy różnych typów pogody od porywistych wichrów Patagonii, po tropiki Santa Fe. Do tego mieliśmy możliwość "wdepnąć" na chwilę do Chile. Poznaliśmy, choć krótką, ale burzliwą historię tego kraju, tradycje które przywieźli tu ze sobą budujący ten kraj imigranci. Poznaliśmy ciekawych ludzi. Wreszcie, daliśmy fantazje smaków naszym podniebieniom.
Wchodząc na pokład samolotu chciało się zaśpiewać : Don't cry for me Argentina.
Wylecieliśmy o czasie z Buenos Aires w kierunku Frankfurtu,
do którego przybylismy po blisko 14-godzinnej podróży. Tu było jeszcze wielogodzinne czekanie ma lot do Krakowa. Niemiecki posiłek w lotniskowej restauracji mimo, że patriotycznie zachęcający w nazwie, nie mógł się równać z argentynskimi rarytasami, a tym bardziej nie przypominał kiełbasy krakowskiej jaką znamy.
Udaliśmy się do Krakowa, by wylądować późno w nocy w dżdżystej i mgliste aurze.
Byliśmy niesamowicie zmęczeni. ale szczęśliwi.
Dziękujemy, że chciałeś /chciałaś przeżywać z nami te wyprawę na kraniec świata.
Do zobaczenia, być może, na innych szlakach.









Brak komentarzy:
Prześlij komentarz