niedziela, 4 grudnia 2022

Don't cry for me Argentina

Nadszedł czas powrotu. Przed nami był dziś ostatni odcinek drogi do pokonania. Jako, że przyzwyczailiśmy się tu do pokonywania samochodem długich dystansów, blisko 500-kilometrowa trasa z Santa Fe do Buenos Aires nie zrobiła na nas wrażenia. Zastanawialiśmy się bardziej jak przeżyjemy szok temperaturowy, bowiem opuszczając Santa Fe był blisko 40-stopniowy upał, a w tym czasie w Polsce panowała już zima. Jechaliśmy z zamówionym driverem. Droga tym bardziej upłynęła szybko, bo mieliśmy możliwość na żywo śledzić w tutejszym radio transmisję z mundialowego spotkania Polski z Francją. Gdy dotarliśmy na międzynarodowe lotnisko Ezeiza w Buenos Aires na olbrzymim monitorze zainstalowanym w sali odpraw drugą połowę mogliśmy już oglądać w wielojęzycznym towarzystwie pasażerów.

Po dokonaniu odprawy, przejściu przez kontrolę bezpieczeństwa i podobnie jak przy przylocie do Argentyny sfotografowaniu się i oddaniu odcisku palca mogliśmy już oczekiwać na lot. Nasz jumbo-jet B474 już też oczekiwał.


Zakręciła się łezka w oku, bo przeżyliśmy w Argentynie w ciągu ponad 3-tygodniowego pobytu bardzo przyjemne chwile przemierzajac kraj wzdłuż i wszerz, przez bezkresy La Pampa i pustkowia Patagonii, od ośnieżonych majestatycznych andyjskich szczytów ze schodzącymi z nich lodowcami po wybrzeże Atlantyku z sympatycznymi pingwinami. Doświadczyliśmy różnych typów pogody od porywistych wichrów Patagonii, po tropiki Santa Fe. Do tego mieliśmy możliwość "wdepnąć" na chwilę do Chile. Poznaliśmy, choć krótką, ale burzliwą historię tego kraju, tradycje które przywieźli tu ze sobą budujący ten kraj imigranci. Poznaliśmy ciekawych ludzi. Wreszcie, daliśmy fantazje smaków naszym podniebieniom.

Wchodząc na pokład samolotu chciało się zaśpiewać : Don't cry for me Argentina.

Wylecieliśmy o czasie z Buenos Aires w kierunku Frankfurtu, 

do którego przybylismy po blisko 14-godzinnej podróży. Tu było jeszcze wielogodzinne czekanie ma lot do Krakowa. Niemiecki posiłek w lotniskowej restauracji mimo, że patriotycznie zachęcający w nazwie, nie mógł się równać z argentynskimi rarytasami, a tym bardziej nie przypominał kiełbasy krakowskiej jaką znamy. 


Udaliśmy się do Krakowa, by wylądować późno w nocy w dżdżystej i mgliste aurze.

Byliśmy niesamowicie zmęczeni. ale szczęśliwi.


Dziękujemy, że chciałeś /chciałaś przeżywać z nami te wyprawę na kraniec świata. 

Do zobaczenia, być może, na innych szlakach. 

sobota, 3 grudnia 2022

Dom Polski

Dziś w planie mieliśmy umówione spotkanie w Domu Polskim, siedzibie miejscowej społeczności o polskich korzeniach. Obecnie to już czwarta generacja osób legitymujących się polskim pochodzenie. Jest ich obecnie ok. 50 rodzin, z tego aktywnie uczestniczy w działalności Casa Polaca ok. 10 rodzin. Osoby te czasami mają polskie nazwiska np. Świątek, nie mówią po polsku (znają jedynie kilka słów) i nie byli nigdy w Polsce, ale kultywują tradycje w zakresie kultury, edukacji i spraw kulinarnych.

Przybyliśmy do Domu Polskiego w przedpołudniowy gorący poranek.


Obok znajdowała się ulica 1000-lecia Polski.

W przedsionku urządzona była niewielka wystawa ukazującą blisko stuletnia historię Domu Polskiego (został utworzony w 1926 roku).




Wchodząc do obiektu właśnie kończyła się próba zespołu tanecznego, który tańczył poloneza Kilara. Ujmowało to za serce. 

Wnętrze Domu Polskiego stanowi obszerny dziedziniec. 
Umiejscowiona jest tam scena. 

W jednym z pomieszczeń odbywają się spotkania, obowiazkowo przy parilla. 


Zostaliśmy przywitani przez prezesa Domu Polskiego Juana Pablo (Janek) Warburga oraz Lorene Świątek. 
Byli zaszczyceni darami, które przywieźliśmy im z Polski. 



Mundialowo

W zamian zostaliśmy obdarowani "firmową" butelka wina wraz z kielichem. 


Porozmawialiśmy o problemach tutejszej społeczności. Podziwialiśmy twórczość poromujaca język polski. 


Jako, że był to nasz ostatni w pełni dzień pobytu w Argentynie, udaliśmy się z naszymi przyjaciółmi na lunch pożegnalny. Ponieważ Santa Fe leży w dorzeczu Parany, nie mogło być nic lepszego od degustacji tutejszych ryb. Nasi znajomi wybrali znaną w Argentynie restaurację rybną położoną na costanera (wybrzeżu nadrzecznym). 


Rozsiedliśmy się na świeżym powietrzu, w cieniu drzewa butelkowego. 


Na przystawkę podano rybne empanadas. 



Było pysznie, ale dopiero po przystawce
zaczęliśmy właściwą ucztę degustując kolejne potrawy rybne o nazwach:

Albondigas
Sabalo
Pejerrey
Armado
Suffle de Boga a la cerveza
Pacu a la parilla. 




Dobrze do ryb i... gorąca komponowalo się zimne, lane piwo. 


Po uczcie zwiedziliśmy jeszcze wnętrze kultowej restauracji. 




Wracając do domu, po raz kolejny przekonalismy się czym dla Argentyńczyków jest piłka nożna i Messi, którego koszulki "suszyły się" na sznurkach przy skrzyżowaniach dróg. 



 Dzień zakończyliśmy po bożemu nawiedzając bazylikę NS de Guadelupe w Santa Fe, która pięknie prezentowala się szczególnie po zmroku. 




Na koniec załapaliśmy się na ślub, który rozpoczynal się o 21:00, bo w tym czasie upal dawał się mniej we znaki. 



Zelżenie upalu dało nam jeszcze szansę na spacer po costanera, okupiony jednak licznymi ukłuciami przez komary. 















piątek, 2 grudnia 2022

Esperanza

Dziś udaliśmy się do oddalonej o 40 kilometrów od Santa Fe miejscowości Esperanza. To tutaj w 1856 roku przybyli pierwsi osadnicy z Europy, dając początek Wielkiej Emigracji II połowy XIX wieku. Choć ogłoszenie niepodległości Argentyny nastąpiło nieco wcześniej (1810 r.) to tak naprawdę przybywający tu z Europy imigranci dali zrąb państwowości Argentyny. Wśród imigrantów dominowali Niemcy, Szwajcarzy, Francuzi i Włosi. Przypływali statkami do Buenos Aires, a następnie udawali się zaprzęgami konnymi wgłąb kontynentu. I właśnie tu w Esperanza (Nadzieja) odnaleźli nadzieję na lepsze życie. Choć zapewne początki były niełatwe. Przybyłym tu rodzinom wydzielono kwadraty powierzchni pól uprawnych o równej wielkości 33 ha ze wskazaniem identycznego miejsca budowy domu. Wśród imigrantów byli zarówno katolicy, jak i ewangelicy, w związku z tym osadę podzielono na 2 części: wschodnią - katolicką i zachodnią - ewangelicką.


Teraz już wiemy dlaczego miejscowości w Argentynie usytuowane są na planie kwadratów. Pytając o drogę w mieście zawsze dostaje się odpowiedź typu: proszę jechać 3 kwadraty, skręcić w prawo, a następnie 2 kwadraty i w lewo. 

Do Esperanza jechaliśmy lokalnymi, dość ruchliwymi o poranku drogami. Zapowiadał się upalny dzień. Mijaliśmy "ogrody" Argentyny. W tym rejonie dominują uprawy różnych warzyw. Ziemia tu jest żyzna (zbiega się tu kilka rzek, z największą Parana na czele), no i jest ciepło. Wszystko rośnie jak na drożdżach.

Przejechalismy Rio Salado (Słona Rzeka), dokonaliśmy opłaty drogowej 100 peso (nawet na lokalnych drogach ustawiają bramki poburu opłat!) i wkrótce byliśmy w Esperanza. 


Tu spotkaliśmy się z naszą sympatyczna przewodniczką Marisą. 

Pierwszym punktem zwiedzania miejscowości, która obecnie liczy obecnie ok. 50 tys. mieszkańców był miejcowy cmentarz umiejscowiony na południowych obrzeżach miasta. Jest to drugi cmentarz w tym mieście. Pierwszy cmentarz był umiejscowiony w centrum osady, ale wraz z rozbudowa miasta przeniesiono go w 1885 roku właśnie tutaj. 

Jako, że obok cmentarza są pastwiska, w powietrzu unosił się odór, potęgowany już upałem, choć była dopiero 9:00. Wejście na teren cmentarza stanowi łukowata brama z krzyżem na szczycie, a po bokach umiejscowiono rzeźby trupiej czaszki i płonącego ognia, jako symboli śmierci i zmartwychwstania. 


Na cmentarzu dominowały wielkie, rodzinne grobowce. 


Na tablicy informacyjnej podano ważniejsze groby, które były oznaczone numerami i w kolejności można było je zwiedzać.



 

Nasza przewodnicka poprowadziła nas do kilkunastu z nich. 

Zgodnie z tym co powiedziano wcześniej, cmentarz był również podzielony na 2 części: katolicką po lewej i ewangielicką po prawej. Rozpoczęliśmy zwiedzanie od części katolickiej. 

Po lewej stronie część katolicka, po prawej ewangelicka

Pierwszym z grobów był ten, w którym pochowano mężczyznę, który był pierwszym chłopcem urodzonym w Esperanza. 


Potem odwiedziliśmy kilka innych grobów znaczących tu ludzi. 


Najbardziej okazały był grobowiec lekarza, twórcy tut. szpitala







Następnie przeszliśmy do części ewangelickiej. Wcześniej wstąpiliśmy do kaplicy cmentarnej, w której uwagę naszą przykul obraz MB Nieustającej Pomocy z inskrypcja w języku polskim. 


W części ewangielickiej nawiedziliśmy kilka ważniejszych grobów.





Grobowiec kobiety, która zmarła przy porodzie.


Grób miejscowego fotografa F. Palleta, który dokumentował życie osady


Przy jednym z grobów usłyszeliśmy ciekawą historie dwojga ludzi. Ona była ewangeliczką, on katolikiem. Zamierzali się pobrać. Ale ze względu na różnice wiary ślub nie mógł odbyć się ani w kościele katolickim, ani w ewangelickim. Ślub odbył się na placu między oboma kościołami. Ona zmarła wcześniej i została pochowana w części ewangelickiej. On zmarł później i dopiero wówczas zdecydowano, że pochowany zostanie przy żonie w części ewangelickiej, choć był katolikiem. 


W tej części cmentarza była pusta przestrzeń. To miejsce, gdzie pochowano bezpośrednio do ziemi, bez oznaczenia nazwisk ofiar epidemii cholery. 

Grób nauczycielki i całej jej rodziny zmarłych na cholere. 

Na cmentarzu były też symboliczne groby, np. ofiar poległych w walce o Malwiny, czy ofiar strażaków. 


Następnie udaliśmy się na zwiedzanie miejscowych kościołów. Przejechalismy koło nieczynnej stacji kolejowej do pierwszego z nich: ortodoksyjnego. To niewielki kościółek że świętymi obrazami z inskrypcjami w języku arabskim. 











W rogu umieszczono flagi: libanska i syryjską. 

Z kalendarzy umiejscowionych na półce dowiedzieliśmy się kiedy należy zachowywać ścisły post. Co ciekawe, okres od Bożego Narodzenia do końca roku obowiązuje w tym Kościele Wielki Post! 

Kolejnym kościołem, umiejscowionym przy głównym placu miasta - Plaza San Martin, był Kościół ewangelicki. 

Kościół ten miał typowy prosty wystrój. 

Przy kościele by posadowiony krzyż, który oderwał się kiedyś z dzwonnicy podczas silnej burzy. 

Następnie udaliśmy się do kościoła katolickiego pw. Narodzenia NMP, który jest umiejscowiony po przeciwnej stronie placu. 


Przeszliśmy przez Plaza San Martin, na którym posadzono drzewa, obecnie są one ogromne. Wśród z nich zidentyfikowaliśmy olbrzymiego fikusa, zwanego Gomero. 


Na placu jest też fontanna, a wokół ławeczki. 

C
entralną część placu zajmuje pomnik gen. San Martin, najważniejszej postaci w dziejach Argentyny. Nie ma chyba miasta w Argentynie, by nie miała ona placu lub głównej ulicy nazwanej San Martin. 


N
ad postacią San Martin dominowała postać symbolizująca ojczyznę, poniżej była postać będąca symbolem ziemi. 

Na cokole umiejscowiono płaskorzeźby ukazujące momenty kolonizacji. 


Pod pomnikiem pochowano znaczące osobistości początków miasta. 


Weszliśmy do kościoła Narodzenia NMP. Ciemne wnętrze robiło wrażenie dzięki liczym kolorowym witrazom. 











Na ołtarzu wyeksponowano figurę młodej Matki Boskiej. 



Na freskach za ołtarzem momenty z życia NMP. 




W bocznej nawie był fresk poświęcony Św. Józefowi. 


W transepcie nietypowo ulokowano wielkie organy. 

W godle kościoła, zbliżonym do herbu miasta występuje odwrócona kotwica symbolizująca zakotwiczenie osadników w tym miejscu. Dodatkowo widnieje parasol biskupi. Taki też parasol zauważyliśmy na ołtarzu. 



Po nawiedzeniu kościołów, przechodząc koło ogrodu parafialnego z obowiązkowym miejscem na grilla, 

udaliśmy się do miejscowego muzeum, gdzie mogliśmy zapoznać się z historią miasta i zobaczyć eksponaty związane z osadnictwem. Oprócz przewodniczki oprowadzala nas po muzeum jego dyrektorka. 














Tu spotakala nas niespodzianka. Jedna z kobiet, która była w muzeum, dowiedziawszy się, że jesteśmy Polakami, ofiarowała nam... szarlotkę. Okazało się, że jej zmarły mąż był pochodzenia Polakiem i nazywał się Nestorowicz. W zamian ofiarowaliśmy pani plakietke z godłem Polski. Była przeszczesliwa. 


Po chwili w muzeum  pojawił się mężczyzna, który przywitał nas po polsku. Okazało się, że jest to ks. Tadeusz Giża, webista, dyrektor miejscowego Colegio San Jose, który pochodzi z Przemyśla, a rezyduje w Argentynie od 1985 roku. 

Zrobiło się niesamowicie sympatycznie. Kolejna kobieta pochwaliła się, jej ojciec miał polskie korzenie. Zrobiliśmy okolicznościowe zdjęcia. 

Ojciec Tadeusz zaprosił nas na kawę do swojej siedziby na 16:00. Tymczasem był czas almuerzo (lunchu). Udaliśmy się do nieodleglej restauracji, która mieściła się w wielkiej kamienicy. 

Tu zjedliśmy m. in pyszne bife de chorizo. 


Po obiedzie udaliśmy się do miejscowego Parque de la Agricultura. Jako, że region jest rolniczy, w parku urządzono niewielkie muzeum maszyn rolniczych. Zwiedzaliśmy go w nieziemskim upale, chowając się w cieniu drzew butelkowych. 








 Nasza przewodniczka Marisa


Drzewo butelkowe

Potem przeszliśmy przez Park, w którego centrum usytuowane było niewielkie jeziorko z możliwością pływania po nim łódkami. Wokół wody gromadziło się ptactwo wodne, a z niewielkiego mostku nad jeziorkiem zauważyliśmy wodzie żółwia.





Nad brzegiem jeziora były też fontanny.

Wokół jeziora wytyczone były betonowe ścieżki i usytuowano urzadzenia do ćwiczeń. Ale kto by w takim upale ćwiczył. Było chyba 40C. Wystarczy, że w tym upale grupa chłopaków robiła sobie parilla. 




Mimo, że Esperanza to niewielkie miasteczko, jest to miasto uniwersyteckie. Znajduje się tu wydział rolnictwa i weterynarii (wszak jest to region rolniczy). Pojechaliśmy zobaczyć uniwersytet. Po drodze nawiedziliśmy miejscowy szpital, którego budynek liczy sobie 130 lat. Wnętrze szpitala przypominało nam wnętrze naszych szpitali tak ze 40 lat temu. Zaskoczyły nas cisza, brak ruchu. Okazało się, że mają strajk i przyjmują nagle przypadki. 


100 lat temu

Twórca szpitala (miał najbardziej okazały grobowiec na cmentarzu) 




Oddział Pediatrii 





Spotkaliśmy się z lekarzami dyżurnymi, którzy wykorzysujac strajk odpoczywali na ławeczce przy wejściu do Emergencias. Porozmawialiśmy chwilkę. Doktor był pochodzenia hiszpańskiego, doktora - szwajcarskiego. Zrobiliśmy sobie pamiątkową fotografię. 

Potem już udaliśmy się do uniwersytetu. Powstał w 1961 roku, a swoje powstanie zawdzięcza ojcom werbistom. Przeszliśmy korytarzami uniwersytetu zaglądając do sal wykładowych. Personel, dowiedziawszy się, że jesteśmy Polakami, przyjął nas bardzo serdecznie. 




Odwiedziliśmy też kliniczny szpital weterynaryjny, w którym były sale operacyjne i sala intensywnej terapii dla zwierząt. Zauważyliśmy takie urządzenia jak USG, defibrylator. Odnieśliśmy wrażenie że szpital weterynaryjny był na o wiele wyższym poziomie od tego dla ludzi. 










Potem, zgodnie z zaproszeniem, o 16:00 przybyliśmy do Colegio San Jose, którym zarządza o. Tadeusz. Colegio San Jose to szkoła dla dzieci w różnym wieku, finansowana częściowo przez rząd, częściowo przez rodziców i datki charytatywne. Uczy się tu 1350 uczniów. Jest zatrudnionych 150 osób personelu. Budynek Colegio żywo przypominal te szpitalny. Oba bowiem powstały w tym samym czasie. 




O. Tadeusz oprowadził nas po obiekcie. Sale lekcyjne były klimatyzowane. 




Na każdym kroku podkreślane były wartości chrześcijańskie, zasady dobrego postępowania. 


Z balkonu pierwszego piętra obserwowalismy rozległy dziedziniec, a na nim dzieci na przerwie lekcyjnej. Dzwonek zastąpiony tu jest czymś w rodzaju klaksonu ciężarówki. 


Odwiedziliśmy też obszerną bibliotekę. 




Z jej okna można było zobaczyć kolegialne obiekty sportowe. 

Ojciec Tadeusz zaprowadził nas do niesamowitego muzeum fauny i minerałów oraz etnografii. 











Tu też wystawiona była olbrzymia makieta katedry w Ulm, którą wykonał jeden z werbistow w ciągu 3 lat. W szkole pracuje ich tu czterech. 

Na koniec odbyło się spotkanie przy kawie w gabinecie o. Tadeusza. Były też kobiety z muzeum i degustowaliśmy wspomniana szarlotkę (była bardziej sucha niż nasza). 




Zrobiliśmy pamiątkowe fotografie przy flagach, które o. Tadeusz miał za biurkiem, z których na pierwszym miejscu była polska. 

Po tak miłym spotkaniu pożegnaliśmy się jeszcze z naszą przewodniczką i udaliśmy się w drogę powrotną do Santa Fe. 

I to nie był koniec i tak bogatego dnia. 

Czekało na nas jeszcze dwugodzinne wieczorne zwiedzanie Santa Fe odkrytym piętrowym autobusem. Podjechaliśmy do portu w okolice znanego nam hotelu - silosu, gdzie oczekiwał na nas ów autobus. 

Poza nami Polakami, towarzystwo było argentynskie. Co ciekawe nie tylko w większości ubrani byli w koszulki reprezentacji Argentyny, z koszulkami z Messim na czele, ale niektórzy mieli na twarzy wymalowane barwy narodowe jak kibice na meczu. 

Ruszyliśmy. Przewodnik opowiadał o mijanych obiektach po hiszpańsku, potem robił skrót po łamanym angielsku dla nas  Zaczelismy od centrum, głównego placu, przy którym znajduja się budynki władz miasta, kolegium jezuickie, w którym przez 2 lata uczył się Jorge Bergolio, przyszły Papież Franciszek. 



Jeszcze przemieszalismy się uliczkami centrum. 






Potem jechaliśmy costanera (nadbrzezem) Laguny Setubal. Ściemniło się. Na pokładzie zaczela się fiesta przy dźwiękach skocznych melodii  Oczywiście co chwile: Vamos Argentina! (jak na meczu).

Browar Santa Fe 









Pod koniec podróży przywieziono nas do Merengo, słynnej wytwórni alfajores gdzie degustowaliśmy ciasteczka, i oczywiście kupując nieco. 




Po zakończeniu zwiedzania, po tak bogatym we wrażenia dniu udaliśmy się do domu na spoczynek. Jutro ostatni dzień pobytu w Santa Fe. 














Don't cry for me Argentina

Nadszedł czas powrotu. Przed nami był dziś ostatni odcinek drogi do pokonania. Jako, że przyzwyczailiśmy się tu do pokonywania samochodem dł...