Opuscilismy El Bolsón na dobre żegnając się z Rio Negro.
Teraz zabawimy trochę w znanej już nam Prowincji Chubut. Wcześniej należało odebrać rzeczy z pralni oddanych do prania dzień wcześniej. Lavadora mieściła się w niewielkiej budce. Za nieduże pieniądze wszystko zostało wyprane i wyprasowane.
Wcześniej musieliśmy zasilić nasz budżet w peso i dokonalismy tego w sklepie zielarskim, bo w aptece nie dało się (mimo, że wszyscy polecali), bo właścicielka właśnie zmarła. Jak już wcześniej pisaliśmy, w bankach pieniędzy się tu nie wymienia.
Udaliśmy się do Parco Nacional Lago Epuyen.
W samej miejscowości Epuyen kontrola policyjna: sprawdzali papiery i pytali skąd i dokąd jedziemy. Dotarliśmy do Lago Epuyen. Wiało niemiłosiernie. Ale widoki fantastyczne. Zdziwiło nas, że oprócz nas nie było tu żywego ducha.
Udalismy się w dalszą drogę podziwiajac kolejne górskie widoki.
Z RN 40 wjechaliśmy w Ruta Provincional 71 kierując się w stronę kolejnego parku narodowego: Parco Nacional Alerces (Park Narodowy Modrzewiowy). Jadąc, jak i niejednokrotnie wcześniej, wchodziły nam przed maskę bezpańskie psy.
Za miejscowością Cholila droga zrobiła się szutrowa, a miejscami kamienista z licznymi wybojami. Jak się miało okazać taką doga mieliśmy przemierzać przez blisko 60 km. Niedogodności drogi kompensowały widoki.
Wjechalismy do Parco Nacional Alerces, choć należy przyznać, że za dużo modrzewi nie widzieliśmy. Podobno jest ich więcej w innej części Parku. Tablica informowała, że wjeżdżając do Parku, robimy to na własne ryzyko.
I rzeczywiście, ryzykiem mogły być spadające kamienie na drogę lub przewracające się na wietrze drzewa (a wialo).
Na początku mijaliśmy Lago Rivadavia.
Wkrótce wjechalismy w odcinek wysokiego lasu, w którym dominowały drzewa Rauli. Na drodze sporadycznie mijaliśmy się z innym samochodem, i trzeba było robić ostrożnie, zwalniając, by jeden drugiego nie trafił kamieniem. Po mijance trzeba było chwilę jechać w tumanach pyłu. Na tym odcinku drogi wyprzedzili nas Chilenos, których poznaliśmy na ostatnim noclegu. Trzeba było zaczekać, aż pył opadł.
Przekroczyliśmy wartka i urokliwą rzekę - Rio Colehuay.
Następnie dojechaliśmy do Lago Verde, które rzeczywiście było zielone.
Nastepnym jeziorem było wielkie i pozakręcane Lago Futalaufken.
Jadąc dalej natrafiliśmy na nie lada przeszkodę: przez kamienista drogę płynął spory kłopot. Czy przejedziemy? Na szczęście jadący akurat z naprzeciwka samochód osobowy przejechał. Spróbowaliśmy ostrożnie i pokonaliśmy bród.
Gdy już wydawało się, że drogowa gehenna nigdy się nie skończy, tym bardziej, że nagle zobaczyliśmy tablicę: droga w przebudowie, po chwili pojawił się... asfalt, i to dobrej jakości.
Kolejny postoj nad Lago Futalaufken i podziwianie widoków w otoczeniu krzewów żółtego zarnowca,
a następny przy plaży, na której w styczniu i lutym można się kąpać. Tymczasem wialo i jezioro było wzburzone, a wokół podobnie jak wcześniej nie było żywego ducha (chociaż spory parking wskazywał, że w sezonie przyjeżdżają tu tłumy).
Pozostawiwszy za sobą park narodowy,
przybyliśmy do niewielkiego miastecza Trevelin i od razu znalezlismy się w... Walii!
Travelin to miasteczko młynów założone pod koniec XIX wieku przez osadników walijskich. Nazwa walijska miasteczka, to właśnie miejscowość młynów (Tre - miejscowość, velin - młyn). Na każdym kroku widoczne są symbole Walii: czerwony smok na biało-zielonym tle. Zresztą, w herbie miasteczka widnieją te same symbole.
Miasteczko slynie z tradycyjnego wypieku, jakim jest Torta negra galesa. Żeby skosztować wypieku udaliśmy się do jednej z dwóch herbaciarni w miasteczku. Schronienie się w przytulnej herbaciarni przypadło nam do gustu, bo właśnie zaczęło padać.
Herbaciarnia nazywała się Casa de te Nain Meggie. Powstała w 1891 roku, założona przez rodzinę Underwood (prababcia Meggi) i jest nadal prowadzona przez kolejne pokolenie.
Sympatyczna prawnuczka prababci Meggie objaśniła nam co i jak, po czym na stole pojawiła się przepyszna herbata (można ją było pić z mlekiem), kromki pysznego białego i ciemnego chleba z masłem, do którego można było dołożyć dwóch rodzajów dżem (poziomkowy lub gruszkowy), albo żółty ser. To stanowiło przystawkę, bowiem wkrótce przyniesiono tacę z różnymi odmianami ciasta, w tym słynna torta galesa.
Rozkoszowaliśmy podniebienie. Wkrótce Herbaciarnia zapełniła się po brzegi: był five o'clock. Po tak sutym jedzeniu należało skorzystać z toalety. Tu też Walia, bo napisy na drzwiach po walijsku: Dynion - mężczyźni, Merched - kobiety.
Ponieważ herbata, która piliśmy była przepyszna, zakupiliśmy jej nieco w pezyherbaciatrnianym sklepiku. Przestało padać i wyszło piękne słońce.
Jako, że miasteczko młynów, odwiedziliśmy jeszcze pobliski młyn, który stanowi obecnie muzeum.
Udaliśmy się do dzisiejszego celu naszej podróży - miasta Esquel przepięknie otoczonego górami oświetlonymi promieniami zachodzącego słońca.
Przy wyjeździe do miasta minęliśmy gauchos na koniach.
Jako, że jutro opuszczamy już Andy (na razie), a samochód po andyjskich bezdrożach był bardzo brudny, oddaliśmy go do Lavadory (myjni).
My tymczasem odwiedziliśmy zabytkowy dworzec kolejowy w Esquel - Trochita i stojący tam stary skład wagonów kolei wąskotorowej, która niegdyś tu kursowała. Obecnie organizuje się tu okresowe kursy turystyczne. Całość robiła wrażenie jakby zywcem wyjęta z filmu o dzikim zachodzie.
Przyjechaliśmy do hotelu mijając po drodze miejscowy szpital.
Wyszliśmy jeszcze na miasto,
by dzień za kończyć w sympatycznej knajpce jedząc Trucha (pstrąg) po patagonsku, popijając sokiem pomarańczowym z miętą oraz Ferrnet z colą (tutejszy trunek, dobry na wszelkie dolegliwości).

















































































































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz