poniedziałek, 21 listopada 2022

Pingwiny

Poranek pogodny. Po hotelowym śniadanku wyruszyliśmy na trasę. Dziś eksplorowaliśmy wybrzeże Atlantyku w poszukiwaniu tutejszej fauny. Caly zresztą dzień był powiązany z Atlantykiem. Wyjechaliśmy pustymi ulicami Trelew (dziś poniedziałek i swięto narodowe: Dzień Suwerenności) w kierunku południowym drogą nr 3 (droga prowadzi na Ziemię Ognista) do Punta Tombo (ok. 120 km). W Punta Tombo mieliśmy się spotkać z pingwinami. Jechaliśmy płaskim terenem. 

Po 50 km odbiliśmy w lewo w kierunku oceanu. 

Wkrótce go zobaczyliśmy. Na 20 km przed Punta Tombo wyjechaliśmy w drogę szutrową, która właśnie była świeżo "ratrakowana". 



Dotarliśmy do Pingwinarium. 




Na początku odwiedziliśmy muzeum, w którym dowiedzieliśmy się o różnych gatunkach pingwinów, o tym, że tutejsze nazywane są magallanskimi i że od września do listopada przebywają w tych okolicach celem rozrodu dopływając z południa. A więc dobrze trafiliśmy, bo ich jest teraz mnóstwo. W muzeum też pokazano inną faunę zamieszkującą wody oceaniczne i okoliczny ląd. 







Następnie przejechalismy samochodem kilkaset metrów dalej, w okolice niewielkiego półwyspu, skąd pieszo wędrując wytyczoną ścieżką weszliśmy w królestwo pingwinów. Były one na wyciągnięcie ręki, były wszędzie, przechodziły przez ścieżkę, zupełnie ignorując odwiedzających. Powiedziano nam tylko, by nie zbliżać się do nich bliżej jak 1,5 m i nie karmić. 










Obserwowalismy jamy, w których samice wysiadywały jaja lub ogrzewały świeżo wyklute pisklęta. Samiec zaś warowal przef jamą. 





Od czasu do czasu pingwiny wydawały skrzeczące odgłosy. 

Ścieżką doszliśmy do skalistego wybrzeża, z którego na położonej niżej plaży mogliśmy oglądać całe stada. Część z pingwinów wchodziła do morza i nurkowała celem zdobycia pożywienia. 










W drodze powrotnej, poza pingwinami, obserwowalismy stado guanaku. 



Na koniec wizyty, w miejscowym sklepiku można było zaopatrzyć się w pamiątki, co też uczyniliśmy i pluszowe pingwinki wylądowały w plecaku. Ciekawostka: w barze, gdzie serwowano posiłki, na rolach pod szybą eksponowane stare, nieużywane już banknoty z całego świata, wśród nich znalazło się też nasze sto złotych. 

Powróciliśmy tą samą drogą do Trelew. Przejechalismy Rio Chubut. Za Trelew po drodze mijaliśmy  naturalnej wielkości rzeźbę  dinozaura.

Autostradą skierowaliśmy się do Puerto Madryn. Obok autostrady byly liczne wiatraki, bowiem w tej okolicy mocno wieje od oceanu, co też doświadczyliśmy, bo momentami podmuchy rzucały autem. 


Do Puerto Madryn zjeżdża się ie z góry. Wcześniej na punkcie widokowym można podziwiać panoramę tego rozległego miasta w tle z oceanem. 



Jako, że byliśmy w mieście nad oceanem, a pora była obiadowa, postanowiliśmy zakosztować owoców morza. W nadmorsiej knajpce Puerto Cristal zjedliśmy chyba najlepsze na świecie mariscos: cazuela de mariscos y de pescas. 



Po posiłku odbyliśmy krótki spacer po nadmorskiej promenadzie, z której widać było port przy wybudowanym dość długim molo. 






Udaliśmy się w dalszą, nużącą bo ponad 250-kilometrową drogę przez płaskie przestrzenie tym razem ponownie już Prowincji Rio Negro.

Przybyliśmy do nadmorskiego kurortu Las Grutas, gdzie zatrzymalismy się na nocleg w hotelu tu przy plaży. 




Po rozpakowaniu się odbyliśmy nadmorski spacer w blaskach zachodzącego słońca. 




 



Obserwowalismy jak następuje przypływ. 





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Don't cry for me Argentina

Nadszedł czas powrotu. Przed nami był dziś ostatni odcinek drogi do pokonania. Jako, że przyzwyczailiśmy się tu do pokonywania samochodem dł...