Dziś post krótki, bez spektakularnych widoków, bo trasa wybitnie przelotowa. Był czas też na spostrzeżenia ogólne. Dziś w prognozach zapowiadano upał do 34C. I rzeczywiście, już wcześnie rano było gorąco. Po śniadaniu, zamknięciu na klucz pokoju hotelowego (wszędzie tu mają takie same płaskie klucze i nie wiadomo którą stroną wkładać do zamka)
i odebraniu prania z lavaderii, które oddaliśmy tam wczoraj po południu, ruszyliśmy na trasę w kierunku Buenos Aires (dystans na dziś 588 km). Zieleń wokół zmniejszala uczucie upału. Droga, jako że do stolicy, była ruchliwa.
Opuściliśmy Prowincje La Pampa i wjechalismy do Prowincji Buenos Aires.
Na licznych plantacjach nieodłącznym elementem krajobrazu są tu wiatraki.
Niezwykle zielono prezentowały się całe połacie zielonych, młodych słoneczników i młodej kukurydzy,
żółto już prezentował się jęczmień.
No i oczywiście pełne bydła byly pastwiska.
W miejscowości Pellegrini kontrola policyjna, sprawdzili papiery i OK można jechać dalej. Kilkadziesiąt kilometrów dalej płatny odcinek drogi, choć parametry drogi nie zmieniły się (no, może była bardziej dziurawa).
Czas na postój i rozprostowanie mięśni.
Upal wszystkim dawał się we znaki.
Skręciliśmy na drogę nr 226. Tu spostrzeżenie, z którym już spotkaliśmy się jadąc przez Patagonie i należało się z nim wcześniej podzielić. Wraki samochodów po wypadku nie są zabierane, a pozostają na poboczach. Być może wynika to z kwestii finansowych - nie opłaca ich się zabierać, z drugiej strony są oznaką przestrogi, by na drodze zachować bezpieczeństwo. To samo tyczy się resztek rozerwanych części opon poniewierających się na poboczach, a nie rzadko na jezdni tak, że trzeba je omijać.
Zatrzymalismy się na lunch w San Carlos de Bolívar, sympatycznym miasteczku z alejami wysadzanymi palmami i właśnie kwitnącymi, niezwykle pachnącymi lipami.
Lunch zjedliśmy w knajpce w centrum miasta. Zjedliśmy asado de ternera (pieczona cielęcina) z olbrzymią ilością frytek (to znaczy: nie udało się ich zjeść wszystkich).
Podczas naszego posiłku padły 4 gole dla Hiszpanii w meczu z Kostaryka na Mundialu (przy barze był podwieszony olbrzymi telewizor).
Po obfitym posiłku przeszliismy sobie nieco po centralnym placu z drzewami i wytyczonymi alejkami. Na środku placu usytuowano pomnik matki (coś podobnego było w Trelew).
Na placu zauważyliśmy też pomnik Evity.
Naszą uwagę przykuł stojący przy placu ładny kościół. Przed kościołem flagi państw Ameryki Południowej.
Weszliśmy do wnętrza kościoła. Ładne prezbiterium, chrzcielnica na kółkach.
Ładne witraże ulokowano w drzwiach wejściowych. W oknach witraże mniej eksponowane.
Przed kościołem spotkaliśmy grupkę dzieci ubranych w koszulki piłkarskie. Jeden z chłopców miał koszulkę w barwach Barcelony z nr 9 i napisem "Lewandowski". Spotkalismy zatem, nie będąc na Mundialu, Lewandowskiego w San Carlos de Bolívar!
Gdy dzieci dowiedziały się, że jesteśmy z Polski, chóralnie zaczęły krzyczeć: Polska! Polska! Lewandowski! Prawdopodobnie spotkanie z nami Polakami było dla nich przeżyciem równym zdobyciu przez Argentynę mistrzostwa świata. Na pewno po przyjściu do domu będą mieli o czym opowiadać
Opuściliśmy S. C. Bolivar drogą nr 202 w kierunku Buenos Aires. Podążaliśmy nadal przez rolnicze tereny, a wskaźnik temperatury wskazywał 33-36C.
Przybyliśmy na nocleg do Canuelas, leżącego na przedmieściach Buenos Aires.




























Brak komentarzy:
Prześlij komentarz