Wczoraj pisałem, że post będzie przelotowy. Dziś post jest przelotowy w rzeczy samej. Dziś bowiem przemieściliśmy się około 3000 km liniami Aerolineas Argentinas z Buenos Aires Newbery (AEP) do El Calafate (FTE), by dalej eksplorowac Patagonie, ty razem jej południowa część. Nim jednak wylecieliśmy, należało przejechać z Canuelas, gdzie mieliśmy nocleg, do lotniska ponad 70 km. Po sympatycznym śniadanku wyjechaliśmy.
Poranek już był gorący. W prognozach do 35C w Buenos Aires. Natomiast w miejscu naszego przylotu El Calafate tylko 13C. Tymczasem upajalismy się zielenią, kwitnącymi na niebiesko jakarandami.
Widoki naszego hotelu
Miłorząb
W miarę zbliżania się do stolicy ruch na drodze gęstniał i pomimo kilku pasów w jedną stronę, tworzyły się niewielkie korki.
Przejechalismy dwie bramki z opłatami. Wjechalismy w obręb wielkiego 4-milionowego miasta.
Tablice nad drogą wyjaśniały, że Buenos Aires to miasto, które transformuje.
Poza tym wyświetlacze zachęcały do dopingowania Argentynie na Mundialu. Tu Mundial to istne szaleństwo. Na jednym z przydrożnych budynków olbrzymi mural z Maradoną.
Dojechaliśmy do Puerto Madero, wybrzeża wzdłuż Le Plata. Po prawej stronie ciągnęły się obiekty portowe. Po lewej stronie mijaliśmy centrum miasta z kolonialną zabudowa pomieszana z drapaczami chmur.
Dwupasmówka na dwóch poziomach
Rio La Plata
Dotarliśmy do Newbery Aueropuerto, drugiego po Ezeiza lotniska w Buenos Aires, który obsługuje loty krajowe i krótkodystansowe międzynarodowe.
Przed lotniskiem ruch i tłok - trudność z zaparkowaniem samochodu, do tego gorąco. Ale nikt się tym nie przejmuje: po prostu staje się na środku drogi, włącza się światła awaryjne i niech inni czekają. Wypakowaliśmy się, pożegnaliśmy się z przyjaciółmi, z którymi spotkamy się ponownie za 5 dni, i weszliśmy do budynku lotniska. Tu z przyjemnością przywitaliśmy chłodek klimatyzacji.
Mieliśmy dużo czasu do odlotu, ale że mieliśmy już zrobiony check-in on line, przeszliśmy od razu przez kontrolę bezpieczeństwa i rozsiedliśmy się knajpce przy jugo de naranja, śledząc jednocześnie mecz Urugwaj - Korea Południowa na Mundialu. W knajpce było 6 telewizorów, tak że niezależnie gdzie się siedzi dostęp do TV był doskonały. Transmisja transmitowana przez TVP. Poprzednio źle zinterpretowałem skrót, TVP to television publica, a nie patagonica.
Na lotnisku, jak i wszędzie w Argentynie, szal związany z Mundialem.
Nawet samoloty mają związek z piłką nożną. ;)
Przed nami lot liniami Aerolineas Argentinas do El Calafate




Wchodząc do samolotu buchnęło na nas gorące powietrze. Na szczęście wewnątrz ponownie przywitał na chłodek.
Z niezbyt długiego pasa startowego Lotniska Jorge Newbery nasz Boeing 737-800 wzbil się w powietrze z 20-minutowym opóźnieniem. Po naszej lewej stronie mieliśmy wybrzeże La Płaty, której wody miały kolor brązowy,
lecąc wyżej widać było jej drugi, urugwajski brzeg.
Skręciliśmy w stronę lądu widząc pod nami równo poukładane w kwadraty przedmieścia Buenos Aires.
Dalej miasto ustąpiło miejsca polom, wśród których na plan pierwszy wybijały się żółte już uprawy zbóż. Co jakiś czas było widać wyschnięte jeziora.
Z dużej już wysokości szarość ziemi przecinały tylko żółte wstęgi prostych jak drut dróg.
Po 40 minutach lotu ponownie po lewej stronie ukazał się tym razem błękit oceanu z równą linią brzegową.
Trochę pod nami był tylko ocean, potem ukazała się tym razem poszarpana linia brzegów z widocznymi mieliznami.
Plamy wyschniętych, przybrzeżnych jezior w kolorach żółtym i czerwonym wyglądały niczym plamy na Jowiszu.
Podążaliśmy dalej wzdłuż wybrzeża, którego linia brzegową tworzyła różnoraki kształty.
Pojawiały się też wysepki.
Ostatecznie pożegnaliśmy się z Oceanem.
W dole było widać meandrowate doliny rzek z ostro ściętymi brzegami (być może jechaliśmy tamtedy przemierzając Chubut).
Drogi były rysowane jakby na desce kreślarskiej.
Czyli cała Patagonia z lotu ptaka.
Przed lądowaniem pojawiły się chmury, powietrzny spektakl chwilowo zakończył. się. Jednak po kilku minutach, jakby na bis krajobraz ponownie otworzył się. Samolot lekko skrecil w lewo i lecieliśmy wzdłuż Andów, a pod nami prawdopodobnie Ruta 40.
Im było niżej, tym bardziej wyraźny był księżycowy krajobraz.
Pojawiły się ośnieżone szczyty Andów
Podejście do lądowania z turbulencjami.
Wylądowaliśmy po 3 godzinach i 5 mininutach lotu. Totalne pustkowie!
Po nawróceniu z pasa startowego do kołowania, po naszej stronie ukazało się Lago Argentino. To największe jezioro w Argentynie, ma długość ok. 65 km i należy do 20 najglebszych jezior na świecie (maksymalna głębokość to 500 m, a przy założeniu, że El Calafate leży zaledwie na wys. ok. 190 m npm. wobec otaczających go wysokich Andów, oznacza, że dno jeziora jest znacznie poniżej poziomu morza).




Wyszliśmy z lotniska, które umiejscowione jest w szczerym polu: wieje! Podają, że temp. 15C, ale odczuwalna chyba 5C. Transfer do hotelu trwal około godziny (ponad 20 km). Dojeżdżając do miejscowości Calafate (przy wjeździe oczywiście posterunek policji) zwróciliśmy uwagę na niską zabudowę i rozrzucenie domków (trudno tu mówić o domach), tymczasem, jak to w Argentynie, drogi są szerokie. Przejechalismy przez centrum tego 20-tysięcznego miasteczka, które powstało dopiero w 1973 roku, a więc zaledwie 50 lat temu. Główna, dwujezdniowa Av. Libertador trochę przypomina nasze Krupówki, są sklepiki i knajpki. Nazwa miasta wywodzi się od hiszpańskiej nazwy rośliny berberys bukszpanolistny. El Calafate znajduje się w odległości 320 km od Rio Gallegos, stolicy Prowincji Santa Cruz.
Flaga Prowincji Santa Cruz
Godlo Prowincji Santa Cruz
Już czuć Boże Narodzenie, choć lato tuż , tuż
Dotarliśmy do hotelu położonego nad Lago Argentino. Z hotelu roztaczał się imponujący widok w promieniach zachodzącego słońca (zachód o 21:37, co wynika z położenia zarówno na zachodzie kraju, jak i wysokiej szerokości geograficznej południowej /a zbliża się tutejsze lato/).
Na zakończenie dnia pyszne jedzonko w hotelowej restauracji.
Jutro zaczynamy eksplorację największych atrakcji tego andyjskiego regionu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz