Ciemne chmury nad szczytami Andów nie zapowiadały nic dobrego. A tu w planie całodniowa wyprawa do Chile, do Parku Narodowego Torres del Paine.
Działania związane z wyjazdem rozpoczęły się już wczoraj, bowiem należało wykupić on-line na stronie Parku Narodowego Torres del Paine bilet wstępu w cenie 35 $/osobę. Nie było to proste, bowiem system co jakiś czas wyrzucał i trzeba było zaczynać od początku. Należało wpisać dane osobowe, nr paszportu, datę urodzenia, cel podróży (z możliwych do wyboru najbardziej odpowiedajaca nam była opcja: fotografowanie), e-mail, dane osoby do kontaktu i co tam jeszcze. Po 4 podejściach, co zajęło blisko godzinę, doszedłem do końca, czyli do płatności. Ta część była kompletnie niezrozumiała i też system się zawieszał (pokazywał się zwierzaczek z dużymi zębami) i dawaj od początku. Wreszcie jakimś cudem pokazała się rubryka do zapłaty kartą. Po wpisaniu niezbędnych danych, wreszcie komunikat: "realizado", po czym przekierowanie "na stronę sklepu". Do przekierowania niestety nie doszło, wszystko pozamykało się. Szukam w mojej skrzynce pocztowej informacji dotyczącej biletu - nie ma. Myślę sobie: jest niedziela wieczorem, trwa przetwarzanie danych, sprawdzę jutro rano. Niestety rano w skrzynce pocztowej nic nie było. Z mojego konta też nic nie ubyło. Cóż, wyjaśni się na miejscu.
Po szybkim śniadaniu, o 6:30 podjechał busik, który nas zabrał, a następnie współpasażerów z innych hoteli. Podjechaliśmy do stacji benzynowej przy drodze wylotowej z miasta, gdzie był punkt zborny. Podjechały inne busiki i wszyscy przesiedliśmy się do terenowej ciężarówki - monstera z napędem 4x4 firmy South Road.
Przewodnik rzucił pytanie sprawdzające, czy wszyscy mają paszporty i zaświadczenia o szczepieniu przeciw COVID-19 (Chile wymaga). Przy okazji: na naszej stronie internetowej MSZ napisano, że nie trzeba. Już mieliśmy wyruszyć w trasę, gdy okazalo się, że jeden z pasażerów, Amerykanin nie ma paszportu. Powyrzucał całą zawartość plecaka i nic. Zostawił w hotelu. Jeden busik pojechał z nim szukać paszportu. Znalazł się, ale byliśmy 30 minut w plecy, a przed nami ponad 200 km do granicy.
Drogą nr 11 dotarliśmy do naszej ulubionej RN 40, którą skierowaliśmy się na południe. Droga przebiegała częściowo po pagórkowatym terenie, częściowo pięła się serpentynami i z wzniesień roztaczał się widok na rozległe doliny, częściowo przebiegała przez płaskie tereny. Na poboczach liczne guanako.
W oddali po prawej stronie towarzyszyły nam ośnieżone szczyty Andów.
Po 92 km w El Cerrito zjechaliśmy z RN 40, by poczynić 70-kilometrowy skrót szutrową drogą. Możliwości samochodu na to pozwalały. Inne musiały podążać dalej RN 40 przez Estancia Esperanza, nadkładając ok.100 km. Szutrowa droga to mało piwiedziane, raczej była kamienista, z koleinami i wyrwami. Pomimo to nasz pojazd osiągał zawrotną prędkość 70 - 80 km/h.
Po 70 km ponownie znaleźliśmy się na asfaltowej RN 40,
jednak po nie długim czasie jazdy skręciliśmy w (ponownie szutrową) drogę do granicy. Argentynski posterunek graniczny to jeden budynek w szczerym polu przy szutrowej drodze. Nie było nawet szlabanu, tylko postawiono 3 pachołki na drodze (gdyby ktoś niechcący przegapił granicę).
Trzeba było opuścić monster,
wejść do budynku, podejść do okienka, ustawić się w kolejce. Trochę to trwało, bo urzędniczka długo skanowała paszport, coś tam wklepywala do komputera, ale to wszystko. Gdy wszyscy pasażerowie odprawili się, wsiedlismy do monstera i ruszyliśmy. Jak już napisałem: żadnego szlabanu, żadnego strażnika. Opuściliśmy na trochę Prowincje Santa Cruz.
Należało przejechać ok. 7 km do posterunku chilijskiego, z tym że w połowie dystansu pojawiła się porządna, wymalowana pasami droga betonowa.
Posterunek chilijski też miał niewielki budynek, ale za to posiadał szlaban, który był zamknięty, a otwierany po odprawie. Wysiedliśmy z monstera do kolejnej odprawy. Zaczęło niestety padać. Weszliśmy do budynku.
Najpierw kontrola sanitarna: po pokazaniu zaświadczenia o szczepieniu przeciw COVID-19, dostaliśmy mała karteczkę z napisem, że nie ma przeciwskazań sanitarnych do wjazdu do Chile. Znów kolejka do okienka. Podczas oczekiwania "towarzyszył" nam prezydent Chile.
W okienku oddaliśmy karteczkę sanitarną Potem podobna procedura: skanowanie paszportu, coś tam wypisywanie. Dodatkowo jednak wbito nam (na pamiątkę zapewne) pieczątkę do paszportu o fakcie wjazdu do Chile
oraz wydrukowano niewielki świstek, który kazano bezwzględnie zachować by okazać przy wyjezdzie. Następnie odbyła się kontrola fitosanitarna. Wcześniej musieliśmy wypełnić formularz, że nie wwozimy do Chile zwierząt, roślin i owoców. Nasze plecaki przepuszczono przez maszynę prześwietlająca, obserwowały nas też specjalnie tresowane psy o wyostrzonym węchu. Pech chciał, że w naszych plecakach było po jabłku w lunch-boxie przygotowanym nam przez hotel, o czym nie wiedzieliśmy. Pozbyliśmy się pięknych jabłuszek, które wyrzucono do kosza.
Byliśmy już formalnie w Chile.
Wyruszyliśmy w dalszą drogę już na terytorium Chile w kierunku Parku Narodowego Torres del Paine. Piękna betonowa droga szybko skończyła się, zaczął się szutr, ale o zdecydowanie lepszej jakości od tego w Argentynie. Rozpoczęliśmy jazdę około 200-km pętlą. Niestety coraz więcej padało, a nisko zawieszone chmury powodowały, że okoliczne szczyty były w nich zatopione. Czyżby powtórka z Fitz Roy? Ale pech!
Zauważyliśmy, że jest tu bardziej zielono. To wpływ niedalekiego Atlantyku.
Na pastwiskach liczne owce. Minelismy jezioro Porteno.
Zatrzymaliśmy się na Mirador Lago Toro z przyleglym pasmem górskim Cerro Toro. Padało już nieźle.
Kawałek dalej była granica Parku Narodowego Torres del Paine.
Po sprawdzeniu przez urzędnika Parku okazało się że żadna opłata poczyniona on-line wczoraj nie wpłynęła i w ogóle nie ma nas w systemie. To po co ja wczoraj czas traciłem? Urzędnik mówi, że to normalne, bo tak system działa! A my narzekamy na nasze systemy. Trzeba było kupić bilety w kasie. Zapłata tylko kartą, kto karty nie ma nie wjeżdża do Parku. Do okienka długa kokajka, bo każdy oczywiście płaci kartą , a tu to nie takie proste. Operacje trzeba powtarzać kilkakrotnie, bo coś tam nie wchodzi, przed płatnością wybiera się rodzaj karty i coś tam jeszcze. Do tego pan w okienku obsługiwał terminal, jakby dopiero co go dostał i to bez wcześniejszego przeszkolenia. Pewien Argentynczyk przed nami przetestował 4 karty i żadna nie działała. Potem jakimś cudem jedna z kart jednak zadziałała. W naszym przypadku płatność kartą zadziałała przy drugim podejściu. Pan do wystawienia biletu potrzebował tylko adres mojego maila. To po co wczoraj musiałem wypełniać długaśny formularz z podaniem przysłowiowego numeru buta? Tak, czy siak staliśmy się na dziś obywatelami Parku Torres del Paine!
Co z tego, skoro już nie padało, ale lało! Pojechaliśmy dalej wzdłuż Rio Serrano, Lago Toro i Rio Peine docierając nad jezioro Pehoe (czyt. Pełe, co oznacza w języku pradawnych tubylców: zagubione).
Lało dalej. Z trudem można było wśród chmur dostrzec kształty Torres del Paine, celu naszej wycieczki. Fatalnie!
Schowaliśmy się przed deszczem w czymś w rodzaju schroniska. Dużo tu trekingowców z placakami, czekających na zmianę pogody. Można tu było kupić coś do przekąszenia i napoje.
My wybraliśmy kawę. Trzeba było sobie najpierw samemu zrobić z automatu, wybierając rodzaj kawy i podejść do kasy. W kasie płaciliśmy oczywiście kartą , bo nie mieliśmy chilijskich peso. Tu sytuacja z obsługą terminala podobna jak na granicy Parku Narodowego. Pan obsługujący terminal klikał wielokrotnie i ciągle mu coś nie wchodziło. Przy okazji, dewaluacja pieniądza chilijskiego jest tu większa niż w Argentynie. Kawa kosztowała 2500 peso chil. Po szybkiej kawie podjechaliśmy jeszcze kawałek, po czym udaliśmy się na mini trekking do wodospadu Salto Grande i jeziora Lago Nordskjold. Poza tym, że lało, to jeszcze okrutnie wiało, że trudno było utrzymać się na nogach, choć ustawiony na początku ścieżki wskaźnik pokazywał, że może być gorzej.
Tragedia, ale co zrobić, idziemy. Nasza chilijska przewodniczka Natalia jednak wykonując dziwne ruchy mówiła: nie przejmuj się, ja mam siłę i zrobię, że będzie jeszcze słońce. Doszliśmy do wodospadu, który jest na potoku łączącym Lago Nordskjold i Lago Pehoe. Wodospad robił wrażenie, szczególnie, że wiatr unosił pył wodny ze spadającej z hukiem wody.
Poszlismy dalej w kierunku Lago Nordskjold. Szliśmy ścieżką lekko w górę, to znowu nieco na dół.
I w czasie naszego marszu przestało padać, a po chwili wyszło słońce... i odsłonił się cały majestat Torres del Paine, szczytów o wysokości dochodzącej do 2600 m npm. Cud czy szamanstwo naszej przewodniczki? Upajalismy się widokami.
Podziwialiśmy miejscową roślinność, m. in. orchideę porcelanową.
Suche kikuty krzewów robiły też wrażenie.
Błękit jeziora Nordskjold pięknie komponował się z biela śniegu i lodowca na szczycie Cerro Paine (3050 m npm.).
W ogóle "peine" w języku pradawnych tubylców oznacza: "błękitny". W pewnym momencie dało się słyszeć grzmot i mogliśmy zobaczyć lawine schodzącą z Cerro Peine.
Patrząc w prawo od Cerro Peine, który częściowo zanurzony był w chmurach, była Dolina Francuska z widocznym w głębi ośnieżonym Trono Blanco (Biały Tron).
Jednak największe wrażenie robiły wieże Torres del Paine: północna, centralna i wschodnia. Zbudowane z różnokolorowych skał: u podstawy ciemne osadowe, wyżej jasne granitowe i na szczycie ponownie ciemne osadowe. Wynika to z faktu złożonego procesu geologicznego zachodzacego przez miliony lat.
Spektakl trwal, bowiem sceneria zmieniała się co chwilę: to niewielkie chmurki przysłaniały szczyty, to oświetlało je słońce. Trudno było oderwać wzrok.
W dobrych, słonecznych nastrojach wróciliśmy do naszego monstera, po drodze jeszcze zatrzymując się przy Salto Grande.
Ruszyliśmy dalej wzdłuż masywu Torres del Paine, który ukazywał się nam z różnej perspektywy na kolejnych miradorach.
Ciekawe były też zielone doliny rzek.
Po drodze mieliśmy niebywałą okazję zobaczyć na zboczu przechadzającą się i węszącą pumę.
Na jednym z postojów zaopatrzyliśmy się w małe buteleczki chilijskiego wina, aby je zdegustować. Poprawiły nam jeszcze bardziej i tak dobry humor.
Na jednym z miradorów usłyszeliśmy polski język! Okazało się, że razem z nami monsterem podróżował Polak z USA.
Dotarliśmy do Lago Amarga o szmaragdowym kolorze, znad którego roztaczał się kolejny, równie piękny widok na kolejne Torres. Zamknęliśmy pętlę od strony północnej widząc cały czas oddalający się, ale dobrze widoczny masyw Torres del Paine.
Po drodze zobaczyliśmy stado kondorów degustujących ich pożywienie.
Wjechalismy ponownie na betonową drogę i dotarlismy do Cerro Castillo, gdzie była granica. Tuż przy samej granicy był sklepik-bar, gdzie można bylo zaopatrzyć się w pamiątki, napić się i przekąsić co nieco.
To że obiekt ten jest odwiedzany przez wielu turystów świadczyly naklejki turystyczne na drzwiach i ścianach.
Zaopatrzyliśmy się tu co nieco, przechodząc finalnie przez podobny jak wcześniej problem płacenia kartą. Na granicy należało oddać małe karteczki, a w zamian otrzymywało się pieczątkę do paszportu z oznaczeniem Chile- salida. Odbyło się w miarę sprawnie.
Teraz jeszcze należało pokonać 7-kilometrowy odcinek (betonowo-szutrowy) do posterunku argentynskiego, gdzie procedura odbyła się podobnie.
Udaliśmy się w 3-godzinną drogę powrotną po szutrze i asfalcie RN 40 wykorzystując oczywiście szutrowy skrót. Przejeżdżaliśmy przez stepy pustkowia widząc je inaczej niż rano dzięki oświetleniu popołudniowego słońca.
Przez drogę co raz przebiegły owce.
Tuż po wjeździe do Argentyny obserwowalismy pokaźne stado owiec zaganiane przez gauchos.
Do El Calafate dotarlismy o zmierzchu. Nasz monster był niesamowicie brudny po pokonani argentynsko-chilijskich bezdroży.
Przesiedlismy się na stacji benzynowej do busika, który odwiozl nas do hotelu. Byliśmy utrudzeni, ale przede wszystkim zadowoleni, że udało nam się zrealizować plan. Był to ostatni punkt naszej patagonskiej przygody. Jutro odlatujemy do Buenos Aires, aby rozpocząć "sezon" trzeci i ostatni naszego pobytu w Argentynie.






















































































































































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz