niedziela, 27 listopada 2022

El Calafate

Dziś niedziela, więc dzień powinien być releksowy i po bożemu. I tak też się stało. Po hotelowym śniadanku, już relaksującym, bo z widokiem na Lago Argentino, 



udaliśmy się spacerkiem do centrum El Calafate (4 km). Pogoda była piękna i o dziwo nie wiało. Zeszliśmy poniżej hotelu, do Lago Argentino, a właściwie do jego części Bahia Redonda (Okrągła Zatoka), która stanowi rezerwat przyrody, głównie ptactwa, którego różne gatunki podczas spaceru mogliśmy obserwować. 











Szlismy nadbrzeżem. Tu była wyznaczona ścieżka dydaktyczna rezerwatu i na ustawionych tablicach mogliśmy się co nieco dowiedzieć. 




Ponieważ pora była wczesna, poza kilkoma osobami biegającymi, ludzi nie było. Zatem kontakt z naturą był niezakłócony. Co jakiś czas nad naszymi glowami przelatywały skrzeczące ptaki, nieopodal pasły się konie. 


Doszliśmy do napisu: "El Calafate", przy którym obowiązkowa fotografia. Tu spotkaliśmy miejscowego, który na łonie natury celebrowal poranną mate. 



Nieco dalej zauważyliśmy ćwiczących na ustawionych tam przyrzadach do ćwiczeń gimnastycznych. 

Doszliśmy do centrum miasta, 

które dopiero budziło się leniwie do życia (było po dziesiatej). Na końcu Av. Libertador znaleźliśmy kościółek pw. Św. Teresy. Był otwarty, ale wg informacji msza miała być o 11:00. Ponieważ było jeszcze trochę czasu pospacerowaliśmy wokół. W pobliżu byl skwer im. F. Perito Moreno z jego popiersiem, a przy kościele popiersie Jana Bosko, patrona El Calafate. 





Był jeszcze czas na szybką kawę na pobliskiej stacji benzynowej (knajpki były jeszcze zamknięte). 

Kościółek miał prostą budowę, z niewielką wieżyczką-dzwonnicą. 

Przy wejściu mozaika Matki Boskiej Patagonskiej. 

Wewnątrz skromny wystrój, a uwagę zwracało wielkie okno tuż za ołtarzem, a za oknem zieleń ogrodu (ciekawe rozwiązanie). 


Na ołtarzu był wieniec adwentowy, bo to przecież była pierwsza niedziela Adwentu. W ogóle nie czuć tu tego faktu, że względu na panujące tu już prawie lato. 

Na ambonce księga Pisma Świętego spoczywała na poduszce.

W bocznej kaplicy było tabernaculum umiejscowione na dużym głazie,

oraz tym razem na niewielkim witrażu MB Patagonska. 

Mszę odprawial gościnnie ksiądz z Niemiec, przy dużej pomocy służby liturgicznej - wiernych (komentarz, taca, a właściwie worek na pieniądze na kiju, rozdwanie komunii, akopmpaniament i śpiew gitarzysty). Oprawa była dość podniosła, a wiernych może ze 20-30 osób. Do dyspozycji były śpiewniki. Na "przekazcie sobie znak pokoju" odbyło się gremialne cmokanie w kościele. Nawet jedna z asystujących kobiet wycalowala się z księdzem na ołtarzu. 

Po mszy pospacerowaliśmy jeszcze po centrum , skonsumowaliśmy sandwicha z jugo de naranja (sok z wyciskanych pomarańczy). 

Zrobilo się ciepło, a na głównej Av. Libertador spory ruch. 

Ustawiony tam wskaźnik kilometrowy uświadomił nam hak daleko jesteśmy od Europy i jak blisko jest do Antarktydy. 

Znalezlismy też taki oto relikt:

Przeszliśmy kolo starego, małego, nieczynnego już szpitalika, po czy wynajęliśmy taxi i pojechaliśmy do odległego o 10 km Punta Walichu, gdzie nad brzegiem Lago Argentino znajdują się skaly z niewielkimi jaskiniami, a na skalach odkryte prehistoryczne malunki, malowane tłuszczem guanako. Droga dojazgldowa do stanowiska archeologicznego oczywiście szutrowa.

Po przybyciu na miejsce urzekl nas przede wszystkim przepiękny, rozległy widok  na Lago Argentino z ośnieżonymi Andami w tle.  Zwiedzanie następowało okrężna ścieżką najpierw wzdłuż jeziora, a wracajac - wzdłuż skał o ciekawych formach z niewielkimi jamami. Zwiedzanie następowało z audiobookiem (w języku angielskim). Dodatkowo były oznakowane kolejne punkty zwiedzania. Na skalnych ścianach były mniej lub bardziej widoczne malunki sprzed kilku tysięcy lat. 

























Przy wyjściu wykonano jeszcze rekonstrukcje szałasu z drewna wiązanego skóra z guanaco. 

Nasz taksówkarz czekał na nas. Wróciliśmy do miasta. Taksówkarz opowiadał przez cała drogę ciekawe historire: a to, że rosnący tu wszędzie berberys od którego miejscowej nazwy wzięło nazwę El Calafate, służył do uszczelniania drewnianych lodzi, stąd do dziś wśród szkutnikow proces ten nazywany jest kalafatowaniem. Dalej pokazał nam hotel, który jest obecnie własnością byłej prezydent, a obecnie wice-prezydent Argentyny, i jakie ona z tego czerpie zyski. Dowiedzieliśmy się też, że szeroką droga w mieście (o czym pisałem wcześniej jest po prostu dawnym lotniskiem). Obecne wybudowano w 2001 roku. Taksówkarz pokazał nam też nowy szpital, który jak inne domy w mieście miał niską zabudowę. 

Nowy szpital

Dawny pas startowy

Dawna wieża kontroli lotów 

Po powrocie do miasta odwiedziliśmy miejscowe niewielkie muzeum Parku Narodowego Los Glacieres. Tu dużo uwagi poświęcono F. Perito Moreno. 





Następnie poszlismy do knajpki na baraninę po patagónsku (cordero patagonicol). Potrawa ta, wraz z kraftowym miejscowym chłodnym piwem była pyszna. 


Ciepła, słoneczną późnopopoludniowa pora powróciliśmy z miasta do hotelu. 












Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Don't cry for me Argentina

Nadszedł czas powrotu. Przed nami był dziś ostatni odcinek drogi do pokonania. Jako, że przyzwyczailiśmy się tu do pokonywania samochodem dł...