poniedziałek, 14 listopada 2022

Prowincja Neuquen. W stronę Andów.

Po tradycyjnym hotelowym śniadanku, tym razem z croissantem okraszonym dulce de leche (choć były też do wyboru pyszne jogurty z owocami), 

udaliśmy się do miasta, tym razem w celach formalnych: wymiana pieniędzy (wcześniej były dni świąteczne i nic nie działało) oraz zakup argentynskiej karty do telefonu (bowiem ceny chęci kontaktu z Polską i dostępu do internetu są na końcu świata niebotyczne). Najpierw bank. Jest ich tu sporo, co krok. Ale banki nie wymieniają pieniędzy! Pieniądze wymienia się w Cambio. Nie są to w naszym mniemaniu kantory, ale instytucje przypominające bank, choć nimi nie są. Cambio działają od 10:00. Jesteśmy o dziesiątej, ale okazało się, że nie mają argentynskich peso na wymianę (nie dowieźli) i kazali przyjść później. Byliśmy o 11:00. Pieniądze były. Tu miła niespodzianka, kurs wymiany był o wiele korzystniejszy niż ten, który podawał internet. Wynika to zapewne z faktu dużej chęci pozyskania dolarów, bo inflacja sięga tu już nawet 100%. Z reklamówką banknotów, choć ich wartość wystarczała na podstawowe nasze potrzeby, wyszliśmy zadowoleni. Teraz tarjeta, czyli karta do telefonu. Na szczęście salon sieci Claro był niedaleko. W nim spory tłum. Trzeba było pobrać bilet, po wybraniu sprawy na ekranie i czekać. Czekaliśmy jednak niedługo. Miły pan w okienku zaczął wychwalać oferty sieci Claro i zaproponował w ramach promocji kartę z pakietem podstawowym dodając jeszcze coś tam... za darmo! Po przeanalizowaniu naszych potrzeb (żeby internet nie skończył się gdzieś na końcu świata), postanowiliśmy wziąć tzw. full wypas, co w przeliczeniu kosztowało zaledwie kilkanaście złotych. Tu jednak radość skończyła się. Te kwotę należało uiścić w kiosku na przeciwko. Ponieważ kwota zapłaty nie była okrągłą sumą, a kiosk realizował elektronicznie wpłaty tylko okrągłych sum, np. 500, 1000, 2000 peso, zabrakło 7 peso i telefon nie działał. Wróciliśmy do salonu. Pan w okienku dwoił się i troil, jak obejść problem, w końcu coś wykombinował i telefon zadziałał. Prawie szczęśliwi opuscilismy salon, włączamy GPS, a internetu nie ma. Powrót do salonu. Tym razem cały sztab ludzi zajął się sprawą i po ok. pół godzinie internet był. Całość załatwiania spraw zajęła nam ok. 3 h, tak że na trasę wyruszyliśmy o 13:00. Przed nami był nieco krótszy odcinek, bo 450 km, ale jakże emocjonujacy: jedziemy w Andy! Szybko wydostaliśmy się z miasta na obwodnicę, a tu niespodzianka: korek. Okazało się, że to nie wypadek, a blokada drogowa przez strajk (jak powiedzieli nasi przyjaciele: to normalne, strajk zaczął się bo był poniedziałek). Należało wrócić do miasta, i przedzierać się zatłoczonymi i dziurawymi uliczkami. W końcu po ok. 1 h straty udało się wyjechać z miasta. Przy wyjeździe z miasta, przy drodze, rozlokowali się sprzedawcy czereśni i wiśni (bo to teraz sezon). Tu wyszła pewna smiesznota: na kartonach były napisy: Hay ceresa (tu wiśnie). Byłem zdziwiony, że sprzedają piwo przy drodze (przeczytałem : Hay cerveza). No cóż, głodnemu chleb na myśli. Choć drogi nadal były proste po horyzont, to krajobraz zmienił się. Było więcej wzgórz z różnobarwnymi skałami. 

Wjechalismy w tereny roponośne. Obserwowalismy tu i ówdzie tzw. koniki do wydobywania ropy naftowej. 


W miejscowości Plaza huincul była rafineria. W miasteczku co krok symbole związane z górnictwem naftowym 

i liczne ciężarówki- cysterny. Zrozumieliśmy, dlaczego cena benzyny super w Neuquen tylko nieco przekraczała 3 zł (w przeliczeniu).


W miasteczku mijaliśmy też olbrzymią figurę Chrystusa. 

Jadąc dalej, przed miejscowością Zapala, pojawiły się na horyzoncie ośnieżone Andy!



W Zapala wyjechaliśmy na słynna drogę RN40, będąca częścią Panamericany biegnącej z Alaski do Ziemi Ognistej.


Droga miejscami wiła się serpentynami, poza tym była prosta po horyzont. Zrobiło się wietrznie i nico chłodniej. Krajobraz zmieniał się z minuty na minutę i był niesamowity: roznokolorowe góry, częściowo płaskie szczyty, jak góry stołowe, doliny, kaniony.


















Przy drodze krzaczasta roślinność, żółte kwiatki 





i swoiste, kolorowe kapliczki, które jak się okazało, poświęcone są zmarłym. W kapliczkach umieszczono wszystko co potrzebne zmarłym w życiu pozagrobowym, np. butelka wódki (bo lubi). 



Przekroczyliśmy po wąskim mostku urokliwą Rio Collon Cura. 


Wyjeżdżając wyżej obserwowalismy jej przełom. 





Dalej podążaliśmy wśród gór przypominających nasza Bieszczady, u podnóża których wypasane jest bydło.




Tak dotarliśmy do miejscowości turystycznej Junin de los Andes. W miejscowości tej była duża jednostka wojskowa (bliskość granicy z Chile). Stąd już "rzut kamieniem" do celu naszej podróży San Martin de los Andes. Dojeżdżając mogliśmy widzieć przy drodze co raz więcej kwitnących na żółto zarnowców, zwanych tu retamas. Retamas porastały też okoliczne wzgórza. Ponad wzgórzami wznosiły się, zanurzone w chmurach ośnieżone szczyty.






San Martin de los Andes bardzo przypomina Zakopane, z główną ulicą ciągnącą się 3-4 km, obfitującą w pensjonaty, restauracje, biura organizujące wycieczki górskie. Również przecznice są pełne domków oferujących noclegi. W ziemie miejscowość ta jest znanym ośrodkiem narciarskim. Elementem różnicującym z Zakopanem jest obecność jeziora Lago Lacer.










Wieczorem opróbowaliśmy kuchni patagonskiej w restauracji Las Rosas, między innymi baranina.








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Don't cry for me Argentina

Nadszedł czas powrotu. Przed nami był dziś ostatni odcinek drogi do pokonania. Jako, że przyzwyczailiśmy się tu do pokonywania samochodem dł...