Po tradycyjnym hotelowym śniadanku, tym razem z croissantem okraszonym dulce de leche (choć były też do wyboru pyszne jogurty z owocami),
udaliśmy się do miasta, tym razem w celach formalnych: wymiana pieniędzy (wcześniej były dni świąteczne i nic nie działało) oraz zakup argentynskiej karty do telefonu (bowiem ceny chęci kontaktu z Polską i dostępu do internetu są na końcu świata niebotyczne). Najpierw bank. Jest ich tu sporo, co krok. Ale banki nie wymieniają pieniędzy! Pieniądze wymienia się w Cambio. Nie są to w naszym mniemaniu kantory, ale instytucje przypominające bank, choć nimi nie są. Cambio działają od 10:00. Jesteśmy o dziesiątej, ale okazało się, że nie mają argentynskich peso na wymianę (nie dowieźli) i kazali przyjść później. Byliśmy o 11:00. Pieniądze były. Tu miła niespodzianka, kurs wymiany był o wiele korzystniejszy niż ten, który podawał internet. Wynika to zapewne z faktu dużej chęci pozyskania dolarów, bo inflacja sięga tu już nawet 100%. Z reklamówką banknotów, choć ich wartość wystarczała na podstawowe nasze potrzeby, wyszliśmy zadowoleni. Teraz tarjeta, czyli karta do telefonu. Na szczęście salon sieci Claro był niedaleko. W nim spory tłum. Trzeba było pobrać bilet, po wybraniu sprawy na ekranie i czekać. Czekaliśmy jednak niedługo. Miły pan w okienku zaczął wychwalać oferty sieci Claro i zaproponował w ramach promocji kartę z pakietem podstawowym dodając jeszcze coś tam... za darmo! Po przeanalizowaniu naszych potrzeb (żeby internet nie skończył się gdzieś na końcu świata), postanowiliśmy wziąć tzw. full wypas, co w przeliczeniu kosztowało zaledwie kilkanaście złotych. Tu jednak radość skończyła się. Te kwotę należało uiścić w kiosku na przeciwko. Ponieważ kwota zapłaty nie była okrągłą sumą, a kiosk realizował elektronicznie wpłaty tylko okrągłych sum, np. 500, 1000, 2000 peso, zabrakło 7 peso i telefon nie działał. Wróciliśmy do salonu. Pan w okienku dwoił się i troil, jak obejść problem, w końcu coś wykombinował i telefon zadziałał. Prawie szczęśliwi opuscilismy salon, włączamy GPS, a internetu nie ma. Powrót do salonu. Tym razem cały sztab ludzi zajął się sprawą i po ok. pół godzinie internet był. Całość załatwiania spraw zajęła nam ok. 3 h, tak że na trasę wyruszyliśmy o 13:00. Przed nami był nieco krótszy odcinek, bo 450 km, ale jakże emocjonujacy: jedziemy w Andy! Szybko wydostaliśmy się z miasta na obwodnicę, a tu niespodzianka: korek. Okazało się, że to nie wypadek, a blokada drogowa przez strajk (jak powiedzieli nasi przyjaciele: to normalne, strajk zaczął się bo był poniedziałek). Należało wrócić do miasta, i przedzierać się zatłoczonymi i dziurawymi uliczkami. W końcu po ok. 1 h straty udało się wyjechać z miasta. Przy wyjeździe z miasta, przy drodze, rozlokowali się sprzedawcy czereśni i wiśni (bo to teraz sezon). Tu wyszła pewna smiesznota: na kartonach były napisy: Hay ceresa (tu wiśnie). Byłem zdziwiony, że sprzedają piwo przy drodze (przeczytałem : Hay cerveza). No cóż, głodnemu chleb na myśli. Choć drogi nadal były proste po horyzont, to krajobraz zmienił się. Było więcej wzgórz z różnobarwnymi skałami.
Wjechalismy w tereny roponośne. Obserwowalismy tu i ówdzie tzw. koniki do wydobywania ropy naftowej.
W miejscowości Plaza huincul była rafineria. W miasteczku co krok symbole związane z górnictwem naftowym
i liczne ciężarówki- cysterny. Zrozumieliśmy, dlaczego cena benzyny super w Neuquen tylko nieco przekraczała 3 zł (w przeliczeniu).
W miasteczku mijaliśmy też olbrzymią figurę Chrystusa.
Jadąc dalej, przed miejscowością Zapala, pojawiły się na horyzoncie ośnieżone Andy!
W Zapala wyjechaliśmy na słynna drogę RN40, będąca częścią Panamericany biegnącej z Alaski do Ziemi Ognistej.
Droga miejscami wiła się serpentynami, poza tym była prosta po horyzont. Zrobiło się wietrznie i nico chłodniej. Krajobraz zmieniał się z minuty na minutę i był niesamowity: roznokolorowe góry, częściowo płaskie szczyty, jak góry stołowe, doliny, kaniony.
Przy drodze krzaczasta roślinność, żółte kwiatki
i swoiste, kolorowe kapliczki, które jak się okazało, poświęcone są zmarłym. W kapliczkach umieszczono wszystko co potrzebne zmarłym w życiu pozagrobowym, np. butelka wódki (bo lubi).
Przekroczyliśmy po wąskim mostku urokliwą Rio Collon Cura.
Wyjeżdżając wyżej obserwowalismy jej przełom.































































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz