Planem na dziś miał być rejs po jeziorze Lago Lacar i Nonthue do Hua Hum (czyt. Uła-um), główna atrakcja regionu.
Poszliśmy w miasto szukać planu awaryjnego. Odwiedziliśmy 2 agencje turystyczne i znaleźliśmy rozwiązanie!
W cenie o połowę niższej niż rejs statkiem wyprawa samochodem terenowym do Hua-Hum i wodospadu Chachin. Wzięliśmy w ciemno. Wyjazd o 13:00, zabieraja spod hotelu. Rewelacja! Wykorzystując pozostały czas postanowiliśmy pospacerowac ulicami San Martín de los Andes, a właściwie jego główna ulicą, takimi naszymi Krupówkami.
Myszkowalismy po sklepach z pamiątkami.
Podziwialiśmy zasadzone przy drodze pięknie kwitnące, nie znane nam dotąd rośliny.
Roślina zwana Fuego de Chile (Ogień Chile)
Na koniec wstąpiliśmy do empanaderii (taka nasza pierogarnia), gdzie wypieczono dla nas na poczekaniu wybrane przez nas (z serem, szpinakiem, kurczakiem) empanadas. Empanadas podpisano, które są które i zapakowano na wynos do niewielkiego pudelka (podobnie jak pizza).
Powróciliśmy do naszego pensjonatu. Punktualnie o wyznaczonym czasie podjechał po nas samochód. Zabraliśmy jeszcze po drodze 3 osoby z innych pensjonatów. W sumie było nas 5 osób, przewodniczka i specjalnie dla nas dziewczyna że znajomością angielskiego (przewodniczka była tylko hiszpańskojęzyczna). Ruszyliśmy szutrową drogą nr 48, która prowadzi do granicy z Chile. Jak się dowiedzieliśmy, przejście graniczne jest nieczynne. Dystans jaki mieliśmy do pokonania po szutrze to ok. 50 km. Wjechalismy w obręb Parque Nacional de Lanin (nie mylić z Leninem). Oprócz szutru były liczne dziury i wyboje, były odcinki proste i zakręty. Pierwsze, znane nam już wrażenie, to obecność przydroznych pięknych żółto-kwitnących retamas.
Były też na czerwono kwitnące los notros,
W początkowej fazie drogi obserwowalismy domostwa rdzennych Mapuczów, którym zezwolono na wypas bydła w obrębie Parku.
Powoli zaczęły wyłaniać się ośnieżone szczyty.
Okresowo wyjeżdżaliśmy w obszary leśne, okresowo po naszej lewej stronie widoczne było Lago Lacar i dalsze leżące za nim szczyty, m. in. Chapelco, na zboczach którego jest ski-resort.
Zjechaliśmy krętą leśną drogą do Lago Lacar (w języku mapuczow oznacza podwodne miasto), a konkretnie na półwysep Yuco. Tam rozlokowane są niewielkie plaże, gdzie odpoczywają miejscowi. Strzałki wskazują drogę do plaż nr 1 do 5, do których dochodzi się ścieżkami leśnym wśród wysokich drzew (tablice informacyjne ostrzegają przed poruszaniem się ścieżkami podczas silnego wiatru ze względu na ryzyko spadania gałęzi). My odwiedziliśmy dwie plaże. Rzycztwiscie było tam kilka osób plazujacych lub wedkujacych. Plaże były żwirowe, lub po prostu ludzie opalali się na glazach. Do głazów dochodziło się przez podmokły grząski teren. Z plaż rozciągał się piękny widok na Lago Lacar, Chapelco i inne okoliczne szczyty.
oraz krzewy La Cana i niezwykle twardych gałęziach.
Udaliśmy się w dalszą drogę. Minelismy kolejne jezioro, Nonthue (po mapuczansku: port do przeładunku drewna). Dotarliśmy do Hua Hum, które leży zaledwie 1 km od granicy z Chile. Doradzono nam wyłączenie telefonów, by nie złapała nas sieć chilijska. Hua Hum po maczupansku oznacza: dziura w niebie. Ponieważ często tu pada, przejaśnienie nieba za fascynowało mapuczow. Nas jednak fascynowała przepiekna pogoda. W Hua Hum oglądaliśmy wybudowany w 1936 roku budynek (jest obecnie zabytkiem) przez rodzinę Van Dorssenow, osadników holenderskich, którzy zajmowali się handlem drewnem. Budynek wygląda jak kościółek, ale nigdy nim nie był. Mieścił się tu też m. in. posterunek policji granicznej.
Jak wspomniano, budynek jest drewniany, a owo drewno, którego handlem zajmowali się Holendrzy, to rosnące tu wielkie liściaste drzewa z rodziny Notophagus, zwane tu jako Rauli.
Jest ich kilka gatunków różniących się korą, co nam pokazano.
Następnie udaliśmy się do wodospadu Chachin, przejeżdżając wąskim mostkiem nad rwącą rzeką Nonthue, która uchodzi do nieodległego Pacyfiku. Po zaparkowaniu samochodu udaliśmy się 2-kilometrową ścieżka pod górę wśród ogromnych Rauli do wodospadu Chachin. Robi niesamowite wrażenie!
Wody zasilające wodospad biorą początek w odległym o 10 km Lago Queni, gdzie są źródła geotermalne. Za wodospadem wody rwącego potoku toczą się głęboką doliną do Lago Nonthue.
Wróciliśmy do samochodu i po krótkim relaksie udaliśmy się w drogę powrotną. Wstąpiliśmy jeszcze nad Lago Nonthue, by porobić jeszcze trochę zdjęć przy przepięknym oświetleniu późnopopoludniowego słońca.
Tuż przed San Martin de los Andes zatrzymalismy się jeszcze na wzgórzu by podziwiac panoramę miasta.
Dzień zakończył się sympatyczną kolacyjka w knajpce, gdzie degustowaliśmy Santorini de Trucha - pierożki z nadzieniem pstrąga.




















































































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz