sobota, 12 listopada 2022

Podróż


Lot z Krakowa do Frankfurtu przebiegł sprawnie "on time". Niewygodne, "wysiedziane" siedzenia w Airbusie A-321 świadczą, że świetność Lufthansy dawno minęła. Butelka wody i czekoladka z logo Lufthansy i już po 1 godzinie i 10 minutach lotu podchodziliśmy do lądowania. Podziw budziło lądowanie we Frankfurcie w totalnej mgle (ale od czego jest współczesna technika). Na szczęście wylądowaliśmy i dobilismy do terminalu 1, strefy B i po transferze autobusowym dotarliśmy szybko do naszej bramki B23, skąd mieliśmy dalszy lot. Do boardingu do Buenos Aires mieliśmy ok. 45 min., więc spokojnie. 


Tu jednak latynoamerykański temperament wziął górę nad niemieckim ordnugiem (po raz kolejny okazało się, że Lufthansa lata świetności ma już za sobą). Czas boardingu opóźniał się, a niespójne i niezrozumiale komunikaty pogłębiały chaos. W końcu klasa business i ekonomiczna wymieszały się i z ponad półgodzinnym opóźnieniem boarding rozpoczął się. Ulokowaliśmy się,  tym razem w wygodnych siedzeniach Boeinga 747-8. Kłopot stanowiło jedynie uruchamianie ruchomego stolika i wysuwanego ekranu. Pomocna była obsługa stewardesy, która nota bene też miała kłopoty z tym problemem, co uświadomiło mi, że do końca nie jestem nieobytym  wieśniakiem. Na ekranie pojawiły się informacje o przebiegu lotu: dystans 10596 km i szacowany czas lotu 13:13. Jak to wysiedziec?! Po długim kołowaniu (wszak lotnisko we Frankfurcie do najmniejszych nie należy) wzbiliśmy się z impetem w powietrze. Po powitalnym drinku zacząłem układać się do snu. Wszak było już po 23:00. Ze zdziwieniem zauważyłem, że współpasażerowie jako żywo zabrali się do oglądania filmów na ekranach (już po opanowaniu ich obsługi). Zdziwienie bylo tym większe, że ok. 1:00 podano kolację. Wytłumaczenie było jednak proste. W Argentynie w tym czasie była dopiero godzina  21:00, a znakomita większość pasażerów to Argentyńczycy. Jedzenie niezłe, choć szału nie było (to nie Emirates czy Qatar Airways), a wybór był pomiędzy daniem mięsnym, a wegetariańskim. Ukontentowany posiłkiem wraz ze szklanaczką czerwonego wina, postanowiłem udać się jednak "w kimono". Współpasażerowie w tym czasie kontynuowali seans nocny. Gdzieś nad Atlantykiem dały się we znaki turbulencje. Po pół godzinie lotu uspokoiło się. Można było kontynuować przerwany sen. Mój wewnętrzny budzik jednak nie pozwolił mi już spać od 6-tej polskiego czasu ogłaszając czas porannej aktywności. Mijają kolejne godziny: siódma, ósma, a za oknem ciemno, większość współpasażerów śpi, żołądek domaga się śniadania, a jego nie ma. No tak, czas najwyższy przestawić się na miejscowy czas. Jasno zaczęło się robić dopiero ok. dziewiątej, czyli piątej miejscowego czasu. Człowiek spragniony wreszcie porannego światła, a tu stewardesa każe zasłaniać okna, bo inni przecież śpią, a jest piąta rano. Śniadanie podano o 10:30, tj. przepraszam o 6:30. Siły i nastrój wróciły, tym bardziej, że na wyświetlaczu czas lotu był już poniżej 2h. Wzdłuż wybrzeża Brazylii i nad Urugwajem dotarliśmy do zatoki La Plata. Zaczęliśmy schodzić do lądowania. Co za ulga! Wylądowaliśmy o 8:22 z prawie 20-minutowym opóźnieniem. Ostateczny czas lotu: 13:25.


Na międzynarodowym lotnisku Pistarini-Ezeiza odprawa paszportowa i przepytywanie w Imigracion wraz ze zdjęciem i odciskiem palca 

i wyglądało, że to już wszystko, a tu niespodzianka: prześwietlanie bagażu przy wyjściu (czy aby bomby do Argentyny nie wwozimy). Nasi przyjaciele przywitali nas gorąco


i równie gorąco uderzyło nas przy wyjściu z lotniska. Na szczęście zaraz schłodził nas smak Andow. 


Od razu udaliśmy się w drogę. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Don't cry for me Argentina

Nadszedł czas powrotu. Przed nami był dziś ostatni odcinek drogi do pokonania. Jako, że przyzwyczailiśmy się tu do pokonywania samochodem dł...