Naszym dzisiejszym celem: Santa Rosa, stolica prowincji La Pampa, jednak sporą część trasy przemierzaliśmy przez prowincje Buenos Aires.
Temperatura 25C, zachmurzenie umiarkowane, wzrastające do dużego. Wyjazd z Buenos Aires początkowo autostradą (platna), potem przemierzaliśmy dystans drogami regionalnymi 205, 266 i narodową 5 (na tej ostatniej, choć jednopasmowa, też pobierano opłaty - z informacji przydrożnej wynikało, że to na remont drogi). Generalnie drogi proste, szerokie, ale wymagające już remontu, dobrze oznakowane. Znaki ostrzegawcze są w kształcie rombu,
Co jakiś czas przy drodze pojawiał się radar, o czym jest informacja, że jak ktoś przekroczy prędkość, to się go nie ukarze, tylko zfiskalizuje, czyli opdatkuje. W otoczeniu podczas całego przejazdu płaski krajobraz. Ciągnące się kilometrami pastwiska pełne pasącego się bydła, sporadycznie jakieś uprawy.
Co jakiś czas widzimy mniejsze lub większe bajorko pełnym ptactwa z patagonskimi bocianami i flamingami na czele.
Nieodłącznym elementem krajobrazu są co jakiś czas policyjne punkty kontrolne, a szczególnie rozbudowany był przy wjeździe dzie do Prowincji La Pampa (z oczywistych względów foto nie będzie) . Na stacjach benzynowych benzyna tańsza niż w Polsce (5-5,5 zł w przeliczeniu). Na stacji benzynowej można dostać wrzątek do mate, oraz lód (Hielo) do schłodzenia napojów.
Moją uwagę zwrócił fakt, że wszystkie ciężarówki mają zamieszczone dwie takie same tablice rejestracyjne: jedna z prawej, druga z lewej strony. Niestety nie dowiedziałem się dlaczego.
Nazwy mijanych po drodze miejscowości, które są nieliczne, miały najczęściej brzmienie hiszpanskojezyczne, ale też wywodziły się od mapuczow (np. Quemu Quemu) lub świadczyły o pochodzeniu założycieli miejscowości (Ivanovsky) albo po prostu wynikały z ważnych dla Argentyny dat (25 de Mayo, 9 de Julio, 30 de Augosto). Tuż przed osiągnięciem celu przekroczyliśmy granicę Prowincji La Pampa.
Utudzeni po nocnym locie i pokonaniu samochodem 680 km (tu są na prawdę niesamowite odległości) udaliśmy się na odpoczynek do niewielkiego hoteliku. Kolację zoorganizowalismy sobie na własną rękę, bo restauracje otwierane są dopiero od 20:00-21:00 i dwugodzinne oczekiwanie wobec zmęczenia nie wchodziło w grę. W sklepach wybór ubogi, a ceny niezachwycające. Na drogie piwo z Messim na etykiecie trzeba było wydać, bo jakże tu w Argentynie nie uhonorować tego znanego piłkarza. Co na to Lewandowski, czy już jakieś piwo w planie ma?
Pierwsze starcie z Argentyną - pierwsze wrażenie w porównaniu do naszego poprzedniego pobytu w tym kraju: bieda i regres gospodarczy.





























Brak komentarzy:
Prześlij komentarz