Dziś mielismy do przejechania niedługi odcinek, bo zaledwie 120 km go Villa La Angostura (choć postawione w niedalekiej odległości znaki pokazywały różne odległości).
Można było dłużej pospać. Po śniadaniu wykonaliśmy jeszcze spacer po San Martin de los Andes.
Odwiedziliśmy miejscowy kościół pw. San Jose (św. Józefa), którego wnętrze wykonane było w dużej mierze z drewna arrayan.
Na przeciwko był teatr i płytki chodnika wyłożone mozaiką do gry w klasy dla dzieci.
W pobliżu można było też nabyć miejscowe wyroby rekodzielnicze (Artesanias neuquinas). Wszędzie zaś elementy związane z Ruta 40.
Przeszliśmy na Plaza San Martin, w którego centrum stał pomnik św. Marcina na koniu, a wokół flagi państwowe i olbrzymie drzewa.
Parę kroków dalej rzucał się w oczy na biało pomalowany budynek z akcentami dekoracyjnym żywo przypominającymi ludowe motywy.... Kaszub. Nie było już wątpliwości, że ma związek z Polską przeczytawszy napis: Mamusia. Był to sklep oferujący wyroby czekoladowe, a założony przez Polkę Marię Fularską. Obecnie tradycję kontynuują wnuki. W sklepie był duży asortyment wyrobów czekoladowych. Nabyliśmy co nieco.
Niedaleko był konkurencyjny sklep Mamushka, z charakterystycznymi "babami" nad wejściem. Z przyczyn oczywistych nie wchodziliśmy tam.
W dzisiejszym planie podróży było Camino de Siete Lagos, czyli fragment drogi RN 40, do której przylegalo 7 polodowcowych jezior. Inaczej mówiąc była to kraina 7 jezior.
Z pierwszym z nich już zapoznaliśmy się: było to Lago Lacer w San Martin de los Andes. Żeby lepiej go zobaczyć w całości, udaliśmy się kamienistą drogą na wzgórze ponad miastem do Mirador Arrayan (nazwa od rosnącego w okolicy drzewa o brązowej korze), z którego roztaczał się imponujący widok na całe jezioro z otaczającymi go górami jak i na miasto.
Wzgórze porastały tuje i oczywiście wszechobecne żółte remata.
Po zjeździe ze wzgórza, kontynuowaliśmy podróż Ruta 40., a na obecnym odcinku jako Camino de Siete Lagos. Popatrzyliśmy jeszcze na Lago Lacar z Mirador Sendero de la Paz, który był usytuowany nad samym jeziorem.
Drugim w kolejności było Lago Machonico, nad którym górował ośnieżony szczyt Cerro Olivis.
Potem wjechalismy do Parque Nacional Nahuel Huapi.
Trzecim odwiedzanym przez nas jeziorem było Lago Falkner (nazwa od XVIII wiecznego jezuity Tomasa Falknera, który prowadził tu ewangelizację). W punkcie widokowym była możliwość kupienia czegoś "na ząb" i miejsce do biwakowania.
Czwartym było Lago Villarino (nazwa pochodząca od Basilio Villarino, eksplorera tych ziem w XVIII w.) W pobliżu zauważyliśmy rośliny przypominajace, lopian.
Piątym z kolei było Lago Escondido (zagubione). I rzeczywiście, aby dojść do niego, trzeba było schodzić ostro w dół przedzierajac się przez chaszcze canii.
Po przejechaniu 30 km dotarliśmy do szostego Lago Correntoso (nazwa: szybkie od nazwy Rio Correntoso - szybka, rwąca rzeka) .
Ostatnim siódmym było Lago Espejo (lustrzane), że względu na lustrane odbicie w jego wodach okolicznych gór. Tym razem jednak ze względu na falowanie tafli wody lustrzanego odbicia nie było.
Przybyliśmy wreszcie nad Lago Nahuel Huapi (w narzeczu mapuczow: wyspa pumy). Podziwialiśmy jego ogrom (powierzchnia porównywalna z powierzchnią Buenos Aires, głębokość 60 m) z Mirador Inalco (mapucz.: brzeg wody).
Ciekawostka: w Inalco rzekomo miał się ukrywać Hitler wg teorii, że udało mu się uciec do Argentyny, i że przebywał tu aż do swojej śmierci w 1962 roku.
Przez przypadek mieliśmy zarezerwowany pensjonat w Inalco, na przedmieściach Villa La Angostura. Pensjonat nazywał się Los Cobres i był nieco wiekowy, co mogło kojarzyć się z teorią o Hitlerze.
Poznym popołudniem udaliśmy się do Villa La Angostura, a ściśle do Bahia Brava i Bahia Mansa Lago Nahuel Huapi, które znajdowały się u wejścia do Parque Nacional Los Arrayanes na Półwyspie Quetrihue. Zatoczki były sympatyczne z przepięknymi widokami na góry w świetle zachodzącego słońca. Bahia Brava była wietrzna, Bahia Mansa spokojna (zgodnie z nazwami). Obie zatoczki oddzielał kilkudziesięciometrowy przesmyk.
Po upojeniu duchowym (kontemplowaliśmy dłuższy czas widoki, wpatrując się też w ton jeziora, czy nie wynurzy się zeń Nahuelito - odpowiednik potwora z Loch Ness) ), wobec wzmagającego się chłodu po upalnym dniu (Lago Nahuel Huapi leży na wysokosci 760 m npm.) przyszedł czas na kolację w miejscowej knajpce Vientes Verde (Zielone Wiatry).
Jutro podążać będziemy wzdłuż Nahuel Huapi do Bariloche.




















































































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz