czwartek, 17 listopada 2022

Nahuel Huapi. Bariloche.

Przywitał nas rześki, słoneczny poranek. Z tarasu naszego pensjonatu roztaczały się wspaniałe widoki na góry.


Wyjechaliśmy z Villa La Angostura. 

Udaliśmy się w kierunku Bariloche, nadal RN 40. Oczywiście towarzyszył nam przepiękny wystrój drogi żółtym zarnowcem (retamas). Po prawej stronie towarzyszyło nam Lago Nahuel Huapi. 

 Pierwszy przystanek - przepiękne widoki. 









W punkcie widokowym krzyż z napisem Camino Jesuitico. 


My natomiast, zamiast kierować się drogą wiary, korzystając z wczorajszych informacji dalismy się ponieść wodzom fantazji i zobaczyliśmy wynurzającego się z wód Nahuel Huapi - Nahuelito. ;) 

Kolejny przystanek i niesamowity widok po zejściu po ogromnym pniu do jeziora.








I kolejny widok na spiczaste szczyty.




 

Po pewnym czasie RN 40 opuściła Nahuel Huapi, by powrócić do niego przed Bariloche. Objezdzajac jezioro dojeżdża się do miasta. 



Wcześniej było widać już miasto z drugiej strony jeziora. 

Na kolejnym przystanku podziwialiśmy widok na Bariloche przez Nahuel Huapi, w tle zaś były góry ze szczytem Cerro Catedral, na zboczach którego zimą jeździ się na nartach. 




Podziwiając widok na Briloche, położone na południe od nas, mieliśmy słońce wprawdzie wysoko (było południe), ale za plecami. Trudno się nam przyzwyczaić, że na półkuli południowej jest odwrotnie. 

Na postoju sprzedawano cafe i churros z koszyka. 


Przejechalismy rzekę Lamay, tym samym opuszczając Prowincje Neuquen i wjeżdżając ponownie do Prowincji Rio Negro. Przy wyjeździe do Bariloche oczywiście była kontrola policyjna. 

Nas urzekly na przedmieściach przydrożne pomarańczowe kwiaty.




Poza tym na drodze wałęsające się bezpańskie psy, a na poboczu sprzedawcy chipy - ciasteczek z manioku i sera. 


W samym mieście duży ruch i trudności z parkowaniem. Jeśli uda się znalezc miejsce, należy odszukać kasjera i zapłacić za postój wg czasu trwania parkowania. Co ciekawe, jeśli postój wydłuża się, można uiścić dopłatę u kasjera w dowolnym miejscu miasta. 

Najpierw nasze kroki skierowaliśmy do katedry. Katedra jest pw. NS Nahuel Huapi i św. Karola. Jest zbudowana z szarego kamienia w 1946 roku, ma surowy wystrój, ale za to przepiękne witraże i ciekawa grafikę drogi krzyżowej. W oltarzu ustawiono figurę NS Nahuel Huapi. Za ołtarzem jest drugi ołtarz do odprawiania kameralnej mszy. Codziennie są tu dwie msze o 12 i 20-tej.





Centrum miasta to w zasadzieg główna, dość długa ulica, pełna sklepów z pamiątkami, odzieżą, w tym turystyczną czy narciarską , agencji turystycznych, restauracji i kafejek. Co krok po ulicy krążą "koniki" pytając "cambio" i "dolar". Przecznice głównej ulicy są pochyle i przypominają nieco te z San Francisco.






Weszliśmy do olbrzymiej lodziarni na lody. Podobno Lody Rapanui są najlepsze w Argentynie. Wybraliśmy te o smakach Patagonii. Były niezłe. 


Jakby komuś było mało lodów, to mógł w lodziarni skorzystać z... lodowiska. 

Idąc dalej główną drogą przeszliśmy przez kamienna bramę na Plac Centralny. Na placu stał pomnik, który był pokryty czerwonymi napisami farba w spayu i oblany farbą. Na całej powierzchni Placu były wymalowane imiona i nazwiska osób, które były zaginione podczas panowania junty. 




Z placu można odbyć wycieczkę po mieści autobusem-lokomotywa różnymi malunkami, w tym Papieża Franciszka (duma Argentyńczyków). 


Udaliśmy się następnie na nadbrzeże Nahuel Huapi. Tu przy napisie Bariloche wykonaliśmy parę pamiątkowych fotografii.

Od jeziora nieco wiało. Obserwowalismy ptaszka z długim dziobem, o tutejszej nazwie Bandurria patagonia oraz kwitnące na krwistoczerwono drzewa. 




Dalej poszliśmy promenadą do sprytnie urządzonego nad jeziorem skate parku, gdzie przez chwilę obserwowaliśmy zręczne wyczyny młodych. 

Bariloche nieco rozczarowało, było hałaśliwe, ruchliwe i niczym nie przypominało kurortu. 

Opuscilismy Bariloche jadąc wzdłuż Lago Nahuel Huapi, mijajac rozliczne pensjonaty (tu prędzej można było mówić o kurorcie) , a nawet Centrum Atomowe, dotarlismy do llao llao (czyt. siało siało) 

Llao llao w języku Mapuczow oznacza: jak wspaniale! I rzeczywiście było wspaniałe. Wydawało się, że już dziś lepszych widoków nie zobaczymy. Tymczasem tutejsze widoki zapieraly dech w piersiach i aż trudno je opisać słowami. Widoki jednak przychodziły stopniowo. Najpierw zatrzymalismy się koło ekskluzywnego hotelu z polem golfowym. 





Tu też złapaliśmy w ujęcie ptaszki o nazwie Teros.

Potem jadąc przez las z wysokimi drzewami Rauli odkrywaliśmy kolejne widoki.


Droga zataczała pętlę. Wreszcie zatrzymalismy się przy napisie Punto Panoramico i po przejściu paru kroków na taras kafejki o nazwie Punto Panoramico właśnie, zobaczyliśmy coś niesamowitego: rozległy widok na całe Lago Nahuel Huapi z licznymi wysepkami i otaczające góry. Brak słów do opisu widoku. 








Koło kafejki ujęliśmy na zdjęciu samochód, który w Polsce nie miałby prawa jeździć. Tu ich jest takich sporo. 

Okazało się, że ok. 1 km dalej był ponownie punkt widokowy, więc mieliśmy powtórkę poprzedniego widoku z nieco innego ujęcia. 



Ospucilismy Llao llao udając się do celu naszej dzisiejszej podróży: El Bolsón. Po drodze minęliśmy Cerro Catedral z wyciągami i trasami narciarskimi, 

Lago Guttierrez, 


Lago Mascardi, ale jeziora te nie zrobiły już na nas aż takiego wielkiego wrażenia. Przepięknym natomiast byl 120-km odcinek drogi do El Bolsón, na którym górskie krajobrazy zmieniały się co chwilę.








Przybyliśmy do El Bolsón około 19-tej, ale słońce jeszcze przyświecało, powiewal niewielki wiaterek. El Bolsón jest niewielkim, bo 17-tysiecznym miasteczkiem w srodgorskiej dolinie, ale za to (jak inne argentynskiej miejscowości) z szerokimi ulicami krzyżującymi się tworząc kwadraty z niską zabudowa.

El Bolsón leży w Prowincji Rio Negro tuż przy granicy z Prowincja Chubut, ale też niedaleko granicy z Chile, a do Pacyfiku w prostej linii jest zaledwie 100 km.

Dzień zakończyliśmy w restauracyjce Jauja (czyt. hauha) degustując miejscową Milanese (tutejszy kotlet schabowy). Ze względu na wielkość, udało się zjeść połowę. 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Don't cry for me Argentina

Nadszedł czas powrotu. Przed nami był dziś ostatni odcinek drogi do pokonania. Jako, że przyzwyczailiśmy się tu do pokonywania samochodem dł...