Dzisiejszy dzień był zaplanowany jako totalnie luźny z dotychczasowych. Dziś jest 19 dzień naszej podróży i pierwszy bez podróżowania gdziekolwiek. Ba, nawet nie ruszyliśmy się poza dom naszych przyjaciół. Nie znaczy to jednak, że zabrakło wrażeń.
Spaliśmy długo po trudach wczorajszej podróży. Obudziło nas jednak gorąco. Po sympatycznym śniadaniu z przyjaciółmi, które przeciągnęło się do południa, był czas na instruktaż przyrządzania i picia mate.
Następnie przyglądaliśmy się przyrządzaniu parilla (tradycyjnemu pieczeniu mięsa na grillu). Wcześniej pan domu rankiem (gdy jeszcze spaliśmy) udał się do carniserii (sklepu z mięsem), by zakupić świeże mięso w tym celu. Do parilla nie używa się mrożonego mięsa. Zresztą wołowiny na polach jest tu pod dostatkiem, o czym mogliśmy przekonać się podczas naszych podróży po Argentynie. Zakupione mięso, w ilości 2,5 kg na 4 osoby, pan domu następnie podzielił na kawałki wyodrębniając części zwane banderita, vacio i bife de chorizo (nazywane też asado de costilla, tj. nasze zeberka).
Mięso następnie pozostawił pod przykryciem na ok. 1 h do skruszenia w temp. pokojowej, tj. 30C! Na zewnątrz było 36C.
W międzyczasie zajął się rozpalaniem węgla drzewnego pod grillem. Była to bardzo skomplikowana operacja, na bieżąco kontrolowana, a momentem poczatkowym pieczenia był biały kolor zarzacego się węgla. Samo grillowanie też trwało ok 1 h.
A potem była uczta, poprzedzona entre w postaci grillowanego sera z przyprawami, a do głównego dania podano sałatki warzywne. Oczywiście do posiłku obowiazkowo było wineo, w tym przypadku Malbec z Mendozy.
Niebo w gębie!
Na deser, czyli tutejsze postre podano tradycyjny w Argentynie flan (rodzaj budyniu w formie galaretki).
Trzecią częścią dzisiejszego dnia bylo partido, czyli po polsku mecz. I nie był to byle jaki mecz, bowiem był to mecz piłkarski w ramach Mundialu w Katarze pomiędzy Polską a Argentyna. Mecz, na który od dawna oczekiwali zarówno Polacy jak i Argentyńczycy. O meczu dyskutowano tu już od kilku dni, no bo jak wyjdzie konfrontacja Messiego z Lewandowskim, najlepszych piłkarzy na świecie. Tuż przed oficjalnym meczem, na sąsiedniej posesji dzieci grały w piłkę i słychać było okrzyki: gol, Messi, Lewandowski. Mocz oglądaliśmy w tutejszej TV. O tym, jakie znaczenie miał ten mecz dla Argentyńczyków świadczy fakt, że nasi znajomi powiedzieli w zartach, że jeśli wygra Polska, to wyrzuca nas z domu. Obrazy TV były skupione na argentynskich piłkarzach i Messim oczywiście. Z rzadka pokazywano Lewandowskiego. Ze wzruszeniem wysłuchaliśmy Mazurka Dąbrowskiego na argentynskiej ziemi. Potem zaczął się mecz żywiołowo komentowany przez argentynskiego komentatora. Niestety mecz przegraliśmy 0:2, choć Szczęsny nie dał sobie strzelić karnego przez Messiego, a konfrontacja Messi - Lewandowski wyszła na zero. Gospodarze pocieszyli mnie serwując chłodne piwo. Wkrótce okazało się, że pomimo porażki, dzięki korzystnemu układowi tabeli w grupie, w której grała Polska, do dalszych gier awansowała Argentyna, ale też i Polska. Radość Argentyńczyków po zwycięstwie było słychać na ulicach, poprzez trąbienie klaksonami.
Dzień zakończył się ogólnym zadowoleniem: Argentyńczycy cieszyli się ze zwycięstwa, Polacy że zwycieskiej porażki, a my poza tym, że nie wyrzucono nas z domu.




























Brak komentarzy:
Prześlij komentarz