Dziś postanowiliśmy pochodzić po sklepach, jako że znaleźliśmy się w ponad 500 - tysięcznym mieście, jakim jest Santa Fe, stolicą prowincji o tej samej nazwie, położonym nad rzeką Parana.
Ranek był nieco chłodniejszy dzięki rześkiemu wiaterkowi. Po tradycyjnym śniadanku z rogalikiem i kawą oraz obowiązkowym dulche de leche,
Weszliśmy na ulicę obok teatru.
Podziwialismy mniejsze i większe witryny sklepowe. W wielu z nich występował element mundialowy. Na każdym kroku zresztą hasla: Vamos Argentina!
Przy okazji, dzisiaj w miejscowej TV nadal żywo komentowano wczorajsze zwyciestwo Argentyny nad Polską, zastanawiano się, co Lewandowski szeptał do ucha Mesdiemu (obraz powtarzany był po wielokroć), a na pasku w dole ekranu napisano: Debilitad de Polonia!
Na ulicy sprzedawano soczyste czereśnie (bo to teraz sezon na nie)
oraz kwiaty.
W jednym ze sklepów spożywczych można było posilić się empanadas do wyboru.
Idąc ulicą handlową nie umknęły nam postawione tam rzeźby.
Nieco utrudzeni wchodzeniem do sklepów (tym bardziej, że temperatura wzrosła i oscylowała ok. 30C), zatrzymalismy się w klimatyzowanej kawiarni Havanna, specjalizujacej się wytwarzaniem alfajores - tradycyjnych słodkich ciasteczek o różnych smakach. Zdegustowaliśmy - pyszne.
Trochę przesadziliśmy, bo byliśmy przed lunchem. Opuściliśmy ulicę handlową i udaliśmy się do portu na rzece Parana. Port ma już lata świetności za sobą. Obiekty portowe zamieniono w ciąg handlowy, restauracje, casino i hotel.
Ten ostatni usytuowano w byłych silosach zbożowych.
Weszliśmy do przyhotelowej restauracji o nazwie Casino,
gdzie przpuscilismy pieniądze na pyszny lunch (ryba i wołowina do wyboru).
Zastanawialiśmy się nad miną człowieka na olbrzymim plakacie reklamującym casino. Cieszył się że szczęścia, czy przeżywał przegraną ?
Nasyceni, pospacerowaliśmy jeszcze po ciągu handlowym, w którym elementy mundialowe mieszały się z bożonarodzeniowymi.
Dzieci miały frajdę podróżując wirtualnie bujanym samochodem.
Nawiedziliśmy jeszcze supermarket, w którym nabyliśmy m.in. mate i flan oraz zachwycaliśmy się różnorodnym wyborem win, które zgodnie z ceną były rozlokowane od dolnej do najwyższej półki.
Powróciliśmy do domu. Dzień zakończyliśmy na czymś co nazywa się pinchar (dziobać), a jest po prostu przekąską. W ramach przekąski dziobalismy cipa (tradycyjne ciasteczka z manioku i sera) zapijając chłodnym miejscowym piwem.


















































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz