sobota, 26 listopada 2022

Glacier Perito Moreno

 Jak już wczoraj zaanonsowano, w dzisiejszym planie była chyba największa jak dotąd atrakcja naszego pobytu w Argentynie - Lodowiec Perito Moreno. Lodowiec ten jest oddalony o ok. 70 km od El Calafate, czyli jak na tutejsze odległości... niedaleko. Jest jednym z trzech tutejszych okolicznych lodowców: Viedma, Uppsala i właśnie Perito Moreno. 

I wcale nie jest największy z nich, a sławę swą zyskał wskutek dobrej dostępności do niego. Prowadzona droga prawie dochodzi do czoła lodowca. Lodowiec został nazwany imieniem słynnego podróżnika Francisco Perito Moreny (o którym już wsponialem w poprzednim poście). 

Co ciekawe, choć podróżnik ten eksplorowal te ziemie, nadal nazwę szczytowi Fitz Roy i jeziorze Lago Argentino, nigdy nie dotarł do lodowca, który nazwano jego imieniem. Imieniem jego nazwano też sąsiadujący z lodowcem szczyt (1670 m npm.), trochę przypominający Matterhorn.

Lodowiec ma powierzchnię ok. 254 km2, a jego długość przekracza 30 km. Szerokość dochodzi do 5 km. Swój początek bierze od podnóża najwyższego w okolicy szczytu Cerro Petrobelli (2950 m npm.), który w Andach nie należy do najwyższych, ale zważywszy że Lago Argentino, do którego wpada lodowiec leży na wysokości 190 m npm., to wysokość względna szczytu jest imponująca. Czoło lodowca wystaje ponad powierzchnię Lago Argentino na wysokość 50-70 m! O jego ogromie świadczy też fakt, że pod powierzchnią jeziora sięga do głębokości 160 m!

Obecnie lodowiec jest w obrębie parku narodowego Los Glaciares (tego samego, co w przypadku Fitz Roy).

Pogoda dziś była wysmienita: ani jednej chmurki na niebie. Powiewal natomiast wiatr o umiarkowanym natężeniu, ale do tego już przyzwyczailismy się.

Tym razem na wycieczkę zabrał nas busik z międzynarodowym towarzystwem, z przewagą Włochów. W związku z tym przewodnik opowiadał po hiszpańsku i włosku. Do lodowca jechaliśmy w kierunku zachodnim wzdłuż Lago Argentino po naszej lewej stronie. 




Pojawiły się widoki ośnieżonych andyjskich szczytów 



Po 30-40 km droga odbiła w lewo okrążając masyw górski na Półwyspie Magellana (półwysep ten wciska się w Lago Argentino, co powoduje że jezioro tworzy odnóża, a ścisłej jak tu nazywają: ramiona /brazos/). Objezdzajac półwysep, po naszej lewej stronie pojawiło się Brazo Sur (południowe). 

Po chwili dojechaliśmy do granicy Parque Nacional Los Glaciares, gdzie należało zakupić bilet. Na bilecie zaznaczono kraj naszego pochodzenia.

Od granicy parku droga wiła się serpentynami cały czas wzdłuż Brazo Sur przez 27 km. Dojechaliśmy do miejsca, w którym po raz pierwszy z kilkukilometrowej odległości można było zobaczyć lodowiec. Miejsce to nazywa się Mirador de los Suspiros (punkt widokowy westchnien), a to dlatego, że każdy kto zobaczy widok wypowiada: och! z wrażenia. A to dopiero był wstęp do wrażeń!




Po krótkiej sesji fotograficznej udaliśmy się do punktu docelowego, gdzie lodowiec już był na wyciągnięcie ręki. Tu kończy się droga, jest parking dla busów, punkt gastronomiczny i sklep z pamiątkami. Ruch turystyczny jest znaczny. Słychać języki niemal z całego świata.


Na umieszczonej przy wejściu do punktów widokowych mapie można dokonać wyboru szlaku, albo jak tu mówią: ścieżki (sendero). Są cztery do wyboru: żółta - podstawowa, czerwona tzw. Inferiores, zielona - leśna (del Bosque), niebieska (azul). Podano orientacyjne czasy przejścia ścieżek oraz ich długość i trudność pokonania. 

Ścieżki poprowadzono po zboczu podwieszonymi mostkami (los balcones).


Na ścieżkach wytyczono punkty widokowe, każdy z adekwatną informacją na tablicy.


My zaczęliśmy od ścieżki niebieskiej (pokonaliśmy ją częściowo) i następnie kierując się w kierunku południowym, wzdłuż czoła lodowca, przeszliśmy ścieżką żółtą , czerwoną, a do parkingu powróciliśmy ścieżka zieloną. To co zobaczyliśmy na punktach widokowych, trudno jest opisać. Lodowiec oglądany z różnych stron i z różnych poziomow mienił się kolorami blieli, błękitu, a nawet granatu. To właśnie te kolory stały się podstawą flagi narodowej Argentyny. 

I do tego błękit nieba i to słońce nad lodowcem! 

Co jakiś czas można było usłyszeć dźwięk podobny do grzmotu i zobaczyć odrywające się i spadające do wody mniejsze lub większe kawałki lodu. Niestety, że względu na różny czas i miejsce "cielenia się" lodowca trudne było uchwycenie kamerą momentu zdarzenia. Gdy rozległ się grzmot, było za późno na reakcję fotograficzną. Oko jednak uchwyciło w mig te momenty. U podnóża czoła lodowca wzdłuż niego przepływał swoisty potok, bowiem poziom wody Ramienia Południowego jest wyższy od Północnego. Podczas naszej wędrówki ścieżkami i podziwiania uroków lodowca okresowo wzmagał się porwisty wiatr. 








Oprócz czoła lodowca, szczególnie z wyższych balkonów można było podziwiać jego przebieg sięgając wzrokiem hen do odległych ośnieżonych szczytów. 


Zbocze, na którym wytyczono ścieżki porastały kwitnące na czerwono krzewy, znane nam już Notros. Ich czerwień dobrze korespondowała z bielą i błękitem lodowca.



Po przejściu ścieżek posililismy się nieco w punkcie gastronomicznym.

Potem busem przejechalismy kilka kilometrów do przystani nad Brazo Sur, skąd katamaranem o nazwie "Victoria Argentina"

popłynęliśmy wśród unoszącej się na wodzie kry do czoła lodowca. Statek powoli dwa razy przepływał wzdłuż czoła lodowca, w bliskiej, ale bezpiecznej odległości. Mogliśmy dokładnie zobaczyć z bliska jego fragmenty o bajecznych kształtach i kolorach. Co jakiś czas coś się z niego z hukiem oderwało tworząc fale na wodzie.






















Z pokładu statku mogliśmy też zobaczyć grupkę trekkingowców spacerujących po bocznej części lodowca. Wobec ogromu lodowca ludzie ci wyglądali jak mrówki, a wydawałoby się lekko pofalowany lodowiec był wielkim górzystym terenem.


Pomimo pirwistego wiatru, który towarzyszył rejsowi, wrażenia były niezapomniane. Po godzinie rejsu przybilismy do przystani przesiadając się do busa, który po godzinie jazdy w sznurze innych powracających z Glaciera busów, powróciliśmy do hotelu.


Wysiadajac z busa, nasi argentynscy towarzysze podróży biegiem udali się do hotelu. Pomyśleliśmy: pewnie do toalety (podczas powrotu nie było przerwy na toaletę). Jakie było nasze zaskoczenie, gdy zorientowaliśmy się co było powodem biegu. Otóż... mecz! Właśnie trwał mecz piłkarski w ramach Mundialu w Katarze: Argentyna - Meksyk. Kto żyw rozsiadł się w hotelowym barze przed olbrzymim telewizorem. Więc i my przysiedlismy się. Argentyńczycy żywiołowo reagowali na każdą ofensywną akcje ich zespołu. Przy lampce wina trzymaliśmy kciuki za Meksykanów, bo ich sukces (remis) byłby korzystniejszy dla Polaków, którzy byli w tej samej grupie co grające zespoły. 


Widząc moją odmienną reakcję po strzeleniu bramki przez Messiego, siedzący obok gość zapytał, czy jestem... Meksykaninem? Odpowiedziałem, że jestem z Polski. Reeakcja gościa byla: Och! Lewandowski! Argentyna ostatecznie wygrała ku zadowoleniu miejscowych. Polska zresztą też dziś wygrała (z Arabia Saudyjska), a ja już czekam na spotkanie Polski i Argentyny na Mundialu, które podziwiać będziemy tu w Argentynie.

Tymczasem choć utrudzeni, przeżywaliśmy do końca dnia dzisiejsze niesamowite wrażenia. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Don't cry for me Argentina

Nadszedł czas powrotu. Przed nami był dziś ostatni odcinek drogi do pokonania. Jako, że przyzwyczailiśmy się tu do pokonywania samochodem dł...