Poranek był rześki. Z naszego hotelu roztaczały się piękne widoki w kierunku Lago Argentino.
W planie eksploracji południowej Patagonii był dziś El Chaltén z masywem Fitz Roy oddalony od El Calafate o 212 km. Prognozy meteo dla tej miejscowości na dziś nie były jednak optymistyczne, co niestety sprawdziło się. Tymczasem pogoda rano była dobra, a nastroje mimo wszystko optymistyczne. Umówiony autokar przybył na czas pod hotel.
Przejechalismy przez centrum El Calafate zabierając po drodze towarzyszy naszej wycieczki z innych hoteli. Wszyscy byli Argentyńczykami.
Wyjechaliśmy z El Chaltén drogą nr 11 mijając po drodze lotnisko, mając cały czas po lewej stronie Lago Argentino.
Po 30 km skręciliśmy w jakże znaną nam już Ruta Quarenta (RN 40).
Podążając tą drogą na północ okrążalismy Lago Argentino. Co jakiś czas przy drodze widzieliśmy guanaco.
Niestety guanako zbyt szybko uciekały sprzed obiektywu
Przejechalismy przez błękitną Rio Santa Cruz, która wypływając z Lago Argentino wiła się po okolicy. To ta sama rzeka, która zafascynowała nas wczoraj podczas lądowania samolotu. Okazuje się, że błękitny kolor zawdzięcza załamywaniu się promieni słonecznych na zawartym w wodzie kamiennym pyle, który powstaje w wyniku tarcia kamieni osadowych o bazaltowe dno.
Podziwialiśmy pejzaże pustkowi południowej Patagonii
Wkrótce po naszej prawej stronie pojawiła się Rio Leona łącząca jeziora Lago Viedma z Lago Argentino.
Zatrzymalismy się na krótki postój w Parador Leona, położony nad tą właśnie rzeką, który jest mniej więcej w połowie drogi do El Chalten. Nazwa postoju i rzeki pochodzi od miejscowej nazwy pumy - Leona, która w tym miejscu w 1877 roku miała poważnie zranić naukowca, podróżnika i eksploratora tych ziem Francisco Perito Moreno. W historii Parador Leona jest jeszcze inny ciekawy wątek. W 1905 roku zatrzymało się tu na kilka dni trzech "gringos", ktorzy następnie podążyli w nieznanym kierunku. Po kilku dniach do Parador Leona przybyła policja z listami gończymi, na których gospodarze rozpoznali swoich niedawnych gości. Byli to słynni rabusie: Butch Cassidy, Sundance Kid i jego żona Helen Page, którzy obrabowali bank w Londynie, a następnie w Rio Gallegos. W Parador Leona jest niewielka wystawa geologiczna. Tu wypiliśmy kawę i zjedliśmy ciastko. Niemiłosiernie wiało.
Udaliśmy się w dalszą drogę. Zjechaliśmy z RN 40 w kierunku El Chalten droga nr 23 mijając po lewej stronie kolejne wielkie jezioro Lago Viedma.
Zatrzymalismy się przed wiazdem do miasta nad Rio Fitz Roy.
Ty był usytuowany budynek parku narodowego, w którym zobaczyliśmy niewielką wystawę dotyczącą parku i historii eksploracji tych terenów.
Potem udaliśmy się na krótki trekking (ok. 2 km) ścieżką pnącą się w górę do Mirador de los Cóndores by podziwiać stamtąd masyw Fitz Roy i Cerro Torres.
Wiało okrutnie, do tego zaczęło popadywac. Dotarliśmy na szczyt, pokonując po drodze niewielki lasek.
Na szczycie porywy wiatru były w wręcz huraganowe, że trudno było utrzymać się na nogach. Zarówno wiatr jak i zła widoczność uniemożliwiła udaną sesję fotograficzną. Niestety Fitz Roy prezentował się tylko w zarysach, Cerro Torres nie było w ogóle widać. Dobrze widoczne były z góry El Chaltén i otaczające go mniejsze szczyty.
Zeszliśmy na dół. Następnie udaliśmy się do miasteczka (choć właściwie trudno mówić tu o miasteczku, a raczej o osadzie, która jeszcze 20 lat temu nie istniała, a dziś jest mekką trekingowcow). El Chaltén w narzeczu Tepulche oznacza dymiącą górę. Taką też nazwę miał wcześniej szczyt Fitz Roy. Nazwę tę nadał szczytowi Perito Moreno w 1877 roku na cześć kapitana statku "Beagle".
W El Chaltén w knajpce Don Guerra zjedliśmy lunch, wybierając miejscową specjalność Guiso de lentejas (gulasz z soczewicy), koniecznie popijając winem rojo.
W czasie lunchu solidnie lało. Na szczęście po wyjściu z knajpki tylko pokrapywalo. Podjechaliśmy szutrową drogą ok. 2-3 km, a następnie przeszliśmy ścieżką ok. 500 m przez las do wodospadu Salto de Chorrillo.
Na koniec pobyu w El Chaltén przeszliśmy kawałek jego główną ulicą, przy której były hostele, nieliczne sklepiki. Byla też nowpostawiona szkoła i niewielki kościółek pw. NS de Patagonia.
Nieco zziębnięci udaliśmy się w drogę powrotną do Calafate. Po kilkudziesięciu kilometrach drogi wypogodziło się. Mogliśmy upajać się tymi samymi widokami, ale w oświetleniu południowego słońca, co dawało odmienne wrażenie, niż rano. Szczególnie urzekl nas błękit Lago Viedma i Lago Argentino.
Jutro ciąg dalszy wrażeń, a właściwie hit: Lodowiec Perito Moreno.







































































































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz