sobota, 3 grudnia 2022

Dom Polski

Dziś w planie mieliśmy umówione spotkanie w Domu Polskim, siedzibie miejscowej społeczności o polskich korzeniach. Obecnie to już czwarta generacja osób legitymujących się polskim pochodzenie. Jest ich obecnie ok. 50 rodzin, z tego aktywnie uczestniczy w działalności Casa Polaca ok. 10 rodzin. Osoby te czasami mają polskie nazwiska np. Świątek, nie mówią po polsku (znają jedynie kilka słów) i nie byli nigdy w Polsce, ale kultywują tradycje w zakresie kultury, edukacji i spraw kulinarnych.

Przybyliśmy do Domu Polskiego w przedpołudniowy gorący poranek.


Obok znajdowała się ulica 1000-lecia Polski.

W przedsionku urządzona była niewielka wystawa ukazującą blisko stuletnia historię Domu Polskiego (został utworzony w 1926 roku).




Wchodząc do obiektu właśnie kończyła się próba zespołu tanecznego, który tańczył poloneza Kilara. Ujmowało to za serce. 

Wnętrze Domu Polskiego stanowi obszerny dziedziniec. 
Umiejscowiona jest tam scena. 

W jednym z pomieszczeń odbywają się spotkania, obowiazkowo przy parilla. 


Zostaliśmy przywitani przez prezesa Domu Polskiego Juana Pablo (Janek) Warburga oraz Lorene Świątek. 
Byli zaszczyceni darami, które przywieźliśmy im z Polski. 



Mundialowo

W zamian zostaliśmy obdarowani "firmową" butelka wina wraz z kielichem. 


Porozmawialiśmy o problemach tutejszej społeczności. Podziwialiśmy twórczość poromujaca język polski. 


Jako, że był to nasz ostatni w pełni dzień pobytu w Argentynie, udaliśmy się z naszymi przyjaciółmi na lunch pożegnalny. Ponieważ Santa Fe leży w dorzeczu Parany, nie mogło być nic lepszego od degustacji tutejszych ryb. Nasi znajomi wybrali znaną w Argentynie restaurację rybną położoną na costanera (wybrzeżu nadrzecznym). 


Rozsiedliśmy się na świeżym powietrzu, w cieniu drzewa butelkowego. 


Na przystawkę podano rybne empanadas. 



Było pysznie, ale dopiero po przystawce
zaczęliśmy właściwą ucztę degustując kolejne potrawy rybne o nazwach:

Albondigas
Sabalo
Pejerrey
Armado
Suffle de Boga a la cerveza
Pacu a la parilla. 




Dobrze do ryb i... gorąca komponowalo się zimne, lane piwo. 


Po uczcie zwiedziliśmy jeszcze wnętrze kultowej restauracji. 




Wracając do domu, po raz kolejny przekonalismy się czym dla Argentyńczyków jest piłka nożna i Messi, którego koszulki "suszyły się" na sznurkach przy skrzyżowaniach dróg. 



 Dzień zakończyliśmy po bożemu nawiedzając bazylikę NS de Guadelupe w Santa Fe, która pięknie prezentowala się szczególnie po zmroku. 




Na koniec załapaliśmy się na ślub, który rozpoczynal się o 21:00, bo w tym czasie upal dawał się mniej we znaki. 



Zelżenie upalu dało nam jeszcze szansę na spacer po costanera, okupiony jednak licznymi ukłuciami przez komary. 















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Don't cry for me Argentina

Nadszedł czas powrotu. Przed nami był dziś ostatni odcinek drogi do pokonania. Jako, że przyzwyczailiśmy się tu do pokonywania samochodem dł...